poniedziałek, 21 maja 2018

DZIEWCZYNKI


Stara Witkowska uśmiechnęła się pod wąsem na widok przechodzących przez podwórko dziewczynek. Pewne sprawy jednak pozostają takie same, przemknęło jej przez myśl, gdy śledziła wzrokiem cztery zbite w rozchichotany, pąsów pełen szereg dziesięciolatki. Trzy z nich kojarzyła, bliźniaczki tych spod czwórki, grzeczni ludzie, grzeczne dzieci, ta najmniejsza, to rozpuszczona księżniczka chama Dziewulskiego, oby go pokarało. Czwarta dziewczynka musiała być koleżanką z klasy, może tylko z innego podwórka. Wszystkie były ładnie uczesane, ubrane w jaskrawe koszulki z wycekinowanymi idolami, z ramion dyndały im błyszczące torebki. Dziewczynki i ich tajemnice. Uśmiech Witkowskiej zamarł na ustach, ręce zastygły w cieście na pierogi. W jej oczach odbiły się wspomnienia, niewyraźne z początku, jakieś takie pożółkłe plamy wokół bordowych siniaków. Mama szybko zarzuciła na ramiona bluzkę i uśmiechnęła się przepraszająco. Rozchyliła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie powiedziała nic. Patrzyły na siebie długo, całe wieki, wieki wieków, spisując zmowę milczenia, na amen. A pan Jezus stał na łodzi i pokazywał ręką, ale nie na tych wszystkich bladych, pięknych ludzi. Pokazywał na ojca, bo obok wisiało ich ślubne zdjęcie. Ojciec był wybrany. Kościelny. Skurwysyn. Zdychał w męczarniach, tym bardziej, że zmniejszała mu dawkę morfiny. Jak miała gorszy dzień, nie dostawał nawet miligrama.
Tymczasem dziewczynki już znikały za garażem. Pewnie szły skrótem na pobliskie boisko albo na skwerek, niestety tak daleko lorneta kuchennego okna Witkowskiej nie sięgała. Stara jeszcze przez chwilę gapiła się w pustkę, ze wzajemnością zresztą, a potem zegary znowu poczęły czas i kobieta wróciła do lepienia.


Za garażem chłopaki już czekali. Opierali się o rdzewiejącą ścianę, niby to w wyluzowanych pozach. Piotrowski rządził, najstarszy był, poza tym od dawna palił elektroniki. Obok stał Smalec, największy, najbrzydszy, najgorzej ubrany, potrafił zabić, jak ktoś go nazywał Smalcem. Jeszcze Marczewski z 4b i jakiś blondynek, którego dziewczyny nie kojarzyły. Ten był najbardziej zdenerwowany.
– Co, kurwy przyszedłyście się ruchać? – rzucił Smalec strzykając spomiędzy zębów śliną, dość nieumiejętnie,  gdyż biaława nitka zawisła mu między dolną wargą a podbródkiem. Twardy jednak był, nie starł wstydu.
– Chyba przyszłyście, debilu – powiedziała Kaśka
– Nie ucz ojca dzieci rodzić, pizdo – odgryzł się Smalec. 
          – Chyba ro... – zaczęła Kaśka.
– Przestańcie idioci! – syknął Piotrowski Jak będziecie się tak drzeć, to ktoś nas nakryje. Poza tym nie będzie żadnych dzieci, mamy gumki!
Wyciągnął z saszetki pudełko z prezerwatywami. Z pudełka wyjął trzy kwadratowe, ząbkowane opakowania. Wszyscy wpatrywali się w nie błyszczącymi oczami. Nabożną ciszę przerwała Kaśka.
– A umiecie je zakładać?
– Ale ty jesteś głupia, debilko – z ust Smalca skapywała pogarda.
– Tak? A wy nie umiecie liczyć, bo są tylko trzy, a was jest czterech. I my tak samo.
Bliźniaczki zachichotały. Piotrowski uśmiechnął się szelmowsko i z saszetki wyciągnął jeszcze jedno pudełko prezerwatyw.
– To na co czekacie? – Kaśka była dzisiaj niezłą zdzirą.
– Nie możesz się doczekać ruchania, suko? – Smalec też najwyraźniej się na nią napalał.
– Chyba ty!
– Spierdalaj!
– Spokój, Smalec – Piotrowski jako jedyny w szkole nie bał się tak Smalca nazywać. – Zakładamy.
Chłopcy obrócili się do dziewczyn plecami. Tylko Piotrowski bez trudu rozdarł opakowanie, musiał wcześniej ćwiczyć, reszta męczyła się z niesforną folią, blondynkowi trzeba było nawet pomóc. Bliźniaczki znowu chichotały. Chłopcy próbowali nałożyć prezerwatywy na członki. Trwało to wieki. Dziewczynki zaczęły się nudzić, wyjęły z torebek telefony, Kaśka puściła youtuba.
– Żadnych telefonów, kurwa! Umawialiśmy się! – warknął Piotrowski.
Odwrócił głowę, rzucił Kaśce wściekłe spojrzenie.
– Dobra, dobra, przecież nie robię zdjęć – mruknęła Kaśka, ale i tak pstryknęła fotę, zanim schowała telefon.
Po paru minutach chłopcy odwrócili się. Na ich niedużych, na wpół stwardniałych członkach zwisały zbyt obszerne prezerwatywy. U Piotrowskiego jakoś to jeszcze wyglądało, chociaż zbiorniczek napuchnięty był powietrzem. Krótki, gruby penis Smalca wieńczył pomarszczony czepek, Marczewski przytrzymywał prezerwatywę palcami, by się nie zsunęła. Blondynek zasłaniał siura dłońmi i na nikogo nie patrzył. Kaśka zarżała jak koń, bliźniaczki zachichotały, Mamba, koleżanka Kaśki, która dołączyła się, bo brakowało czwartej, zaczerwieniła się po uszy. Chłopcy też płonęli, w oczach blondynka pojawiły się łzy.
          Po chwili dziewczynki uspokoiły się i spoważniały. Fiutki chłopców zaczęły opadać, zbliżała się katastrofa.
– Co, będziemy tak stać? – sytuację uratowała Kaśka.
Wyminęła sparaliżowanych chłopców, oparła się jedną ręką o rdzewiejącą ścianę, wypięła pupę, drugą ręką podwijając spódniczkę. Zsunęła majtki, ukazując blade pośladki. Obróciła głowę, wwierciła się spojrzeniem w Smalca.
– No, dalej, debile, nie mam całego dnia.
Piotrowski i Smalec popatrzyli na siebie. Potem Smalec ruszył małymi kroczkami, bo nogi pętały mu opuszczone spodnie, ku opartej o ścianę garażu dziewczynce.


Można było odnieść wrażenie, że stary Rzuchowski był dozorcą z zamiłowania. Dawno już minęły czasy, kiedy zatrudniano go na tym stanowisku oficjalnie (i nieoficjalnie, przy okazji, ma się rozumieć), a mimo to, odziany w wypłowiały granatowy fartuch, uzbrojony w miotłę, co rano pojawiał się na podwórku. Miast jednak sprzątać, głównie opierał się o kij i omiatał wzrokiem swoje terytorium. A podwórko zmieniało się, oj, zmieniało. Nie było już ławeczek, na których popołudniami przesiadywali mieszkańcy, pielęgnując dobrosąsiedzkie relacje, podczas, gdy dzieciaki latały po okolicy jak stada umorusanych ptaków. Nie było już mieszkańców, tamtych mieszkańców. Ze starych został tylko on i Witkowska spod piątki. Nowi się nie asymilowali, nie znali się właściwie, ledwie sobie odpowiadali dzień dobry. A już na pewno nie odpowiadali na pozdrowienia Rzuchowskiemu. Przez drzewo. Stary cieć przegrał, bo chciał grać uczciwie. Spór miał toczyć się w radzie dzielnicy, ale Dziewulski, cham spod dwunastki po prostu wyciął piękny, rosnący na środku podwórka dąb. Na własny koszt i na własne ryzyko. Gdy ostatnie gałęzie zostały byle jak upchnięte we wspólnym śmietniku (a kto za to płaci?), podwórko dosłownie zalała fala aut. Parkowały, gdzie się dało, czasem tak, że nie dało się przejść. Ale im to, zdaje się nie przeszkadzało, ba wszyscy wyglądali na zadowolonych, a na Rzuchowskiego patrzyli z góry. Drwili ze starego ciecia, kiedy miotał się po podwórku, biadoląc nad rozjechanym trawnikiem, zablokowanym śmietnikiem, zastawionym garażem. Jego garażem. Mógłby donieść na Dziewulskiego o nielegalną wycinkę, ale wolał się nie wychylać. Blaszana buda była samowolą, tak się przecież kiedyś stawiało garaże. Prędzej, czy później zlikwidują mu i ten garaż, tym bardziej, że od dawna nie miał auta, kogo na to stać w tych czasach?
Rzuchowski walczył z chęcią powrotu do domu, włączenia pudła, napoczęcia nowej paczki słonecznika. Odbiło mu się mieszanką odrazy i niejasnej tęsknoty za żółtawą galaretą pustynnego przedpołudnia. Nie dam się, pomyślał, zaciskając zęby. Twardy jestem. Zgarnął z chodnika parę papierków, cienkie kiepy, które zrzucał z okna pantoflarz spod siódemki, który oficjalnie oczywiście nie palił, ale co noc wychylał się na kilka nerwowych sztachnięć. Zgarnął śmieci na szuflę i podszedł do otoczonego murkiem śmietnika. Kilka worków znowu leżało obok kubłów. To już jest kompletne skurwysyństwo. Żeby nie wrzucić worka do kubła, tylko jebnąć na ziemię! Rzuchowski postanowił, że jednak pierdoli. Wróci do domu, niech się potykają o te swoje brudy. Trzasnął klapą kubła i ruszył w kierunku swojego mieszkania. Jednak z czystej (no, może nie do końca czystej) ciekawości zajrzał jeszcze za garaż. Zazwyczaj nic specjalnego tam nie znajdował, ot kilka puszek po piwie, piersiówkę po cytrynówce, raz, czy dwa cieniutkie strzykaweczki. Ale dzisiaj było coś dziwnego. Prezerwatywy. Nie, żeby prezerwatywy Rzuchowskiego jakoś specjalnie dziwiły, ale cztery? I do tego niezużyte?  Jednak nie to było najdziwniejsze. Najdziwniejsze, a może nawet trochę straszne były ślady na skorodowanej ścianie garażu.
Ślady po łzach.

Z WIZYTĄ W CENTRUM ONKOLOGII

Drzwi windy zamknęły się za mną bezszelestnie. No, tak, przecież to nowiuteńki, do tego bardzo nowoczesny budynek, ledwie parę miesięcy ...