wtorek, 19 grudnia 2017

W INNY ŚWIAT


Za siedmioma rzekami, za siedmioma górami był sobie Święty Las, w którym mieszkała Czarownica...
– Świetny, nie święty!
– Słucham?
– Mówię, że las był świetny, nie święty – wyjaśniła uprzejmie Czarownica.
– Ach... rozumiem...
– To jakiś problem?
– No, cóż, w jakimś sensie... To wiele zmienia.
– Ojojoj! – posmutniała Czarownica.
– Ale jakoś sobie poradzimy! Zaczniemy jeszcze raz. Tylko nic już nie mów.
– Dobra, nie będę nic mówić.
– To znaczy będziesz, ale nie sama, tylko... zresztą nieważne:
za siedmioma rzekami, za siedmioma górami był sobie Świetny Las, w którym mieszkała Czarownica. Wszystko miała świetne. Dom, figurę, włosy. Oczy miała świetne, usta, uszy, nawet nos. Tylko na nosie pypcia obrzydliwego. Czarnego, z wiechciem włosów na czubku.
– Och, nie! – wykrzyknęła Czarownica. – Co ja mam teraz zrobić? Chyba pójdę do dermatologa.
– Nie, nie pójdziesz!
– Nie?
– Nie. Miałaś się nie odzywać.
– Ale ja tylko powiedziałam, że chyba pójdę do dermatologa.
– Cisza. Ja mówię:
Czarownica najpierw zasięgnęła rady w internecie. Internet, to takie miejsce, w którym jest dużo wiedzy i niewiedzy, przy czym tego ostatniego więcej. Znacznie więcej. Wpisała w wyszukiwarkę "pypeć na nosie" i  wyskoczyło jej mnóstwo porad. Wszystkie mówiły jednak jedno: pypcia smarować masłem orzechowym przez siedem dni, trzy razy dziennie.
I smarowała Czarownica pypcia masłem orzechowym. A ten zamiast odpaść, rósł coraz większy i większy. Czarownica przestała wychodzić z domu, zakupy robiła online, dni jej się strasznie dłużyły, na sen tylko czekała. A trzeba wam wiedzieć, że kiedy spała, pypeć znikał. Tylko, że Czarownica nie mogła o tym wiedzieć, bo przecież spała.
Po tygodniu postanowiła zasięgnąć rady koleżanek.
– Ale ja nie mam koleżanek!
– Masz!
Obdzwoniła wszystkie psiapsiółki i każda mówiła to samo: pypcia smarować pasztetem z dzika. Nie było rady, smarowała Czarownica pypcia pasztetem, a ten zamiast odpaść, rósł coraz większy i większy. Tylko na noc znikał, ale, wiadomo, Czarownica nic z tego nie miała.
Po paru dniach, sięgnęła wreszcie po księgę tajemną. A tam stało czarne na pożółkłym: pypcia smarować kawiorem.
– O, nie! To już przesada – krzyknęła Czarownica. – Nie stać mnie na kawior. Poza tym, co ja tak ciągle krzyczę?
– Bo to wszystko jest takie podniecające! Ale niech ci będzie:
nie stać było Czarownicy na kawior. Cóż jej pozostało? Pstryknęła palcami lewej ręki, na czubku wskazującego pojawił się błękitny płomień. Już, już miała przysmażyć wstrętną brodawkę, kiedy pypeć wyprostował się i zeskoczył na stół.
– O mój Boże! – krzyknęła Czarownica... no, co? Przecież krzyknęła! – Kim ty jesteś?
– Witaj nosicielko – pypeć ukłonił się nisko – Jestem karzeł David.
– Jak... jak to możliwe? – dziwiła się Czarownica.
– A, nawet nie pytaj!
– Ale...
– Och, po prostu taki mam styl – zaśmiał się karzeł rubasznie i poklepał po okrągłym brzuszku.
– A gdzie znikałeś na całe noce?
– A skąd wiesz, że znikał? Przecież spałaś!
– Przeczytałam, tam wyżej.
– Ty wścibska ba...
– Spokojnie, spokojnie – rzucił pojednawczo David. – Wszystko wyjaśnię. W nocy pracowałem nad pewnym projektem.
– Jakim projektem?
– Projektem: przeżycie, ha, ha, ha!
– Nie rozumiem...
– To wszystko ja, Czarownico!
– Co, ty?
– Jak zamieszkałem na twoim nosie, musiałem załatwić sobie regularne posiłki. Więc w nocy pozycjonowałem fejkowe strony, tak, by po wpisaniu w wyszukiwarkę frazy "pypeć na nosie" wyskakiwały porady o maśle orzechowym, za którym wprost przepadam. Potem naszła mnie chętka na pasztet z dzika.
– Przecież to były moje przyjaciółki.
– Ty nie masz przyjaciółek.
– To też byłem ja – roześmiał się David.  – Zhakowałem twój telefon i udawałem je wszystkie. Nie zorientowałaś się?
– Coś przeczuwałam.
– Bzdury.
– Nieważne. A potem księga. Tu się napracowałem, ciężko było podrobić te zawijasy, nie mówiąc o pożółkłej kartce, ale i tak na nic się to zdało...
– Więc to wszystko iluzja?
– O, tak! – krzyknął karzeł. – Pokażę ci! Spójrz przez okno na to drzewo. Widzisz?
– Co?
– Składa się z samych ptaków.
Czarownica przyjrzała się uważnie drzewu. Faktycznie dostrzegła tam jakieś dzioby i skrzydła.
– A teraz uważaj!
Karzeł klasnął i ptaki zerwały się do lotu. Po chwili po drzewie nie było śladu.
– A teraz ściany!
– Co z nimi?
– To tylko sprasowane powietrza.
David dmuchnął i ściany, podobnie jak cała reszta rozwiały się.
– Co jeszcze? – zapytała drżącym głosem Czarownica.
– Twoje ciało.
– Co z nim?
– Składa się z samych żywych komórek. Spójrz tylko.
Czarownica przyjrzała się swemu ciału. Rzeczywiście składało się z żywych komórek. Karzeł gwizdnął i komórki rozpierzchły się na wszystkie strony, by po kolejnym gwizdnięciu zbiec się w konia, białego oczywiście, na którego David wdrapał się nie bez trudu. Następnie spiął rumianka ostrygami i połknął w inny świat.





Z WIZYTĄ W CENTRUM ONKOLOGII

Drzwi windy zamknęły się za mną bezszelestnie. No, tak, przecież to nowiuteńki, do tego bardzo nowoczesny budynek, ledwie parę miesięcy ...