piątek, 15 grudnia 2017

Mistrz Z.

Mistrz Z., jak co rano zasiadł przed swoją norą. Strzepnął z szaty niewidzialny pyłek, wyregulował oddech, szerzej rozchylił powieki. Przyjrzał się uważnie światu. Stwierdziwszy, że nic się nie zmieniło, nabrał garść piachu i rozpoczął długi proces czyszczenia czarki do herbaty. Zabiegi te zakłócił znienacka młody człowiek, który kłaniając się nadnisko stwierdził:
– Zostanę twoim uczniem, Mistrzu!
– Ach, tak..? – odparł po dłuższej chwili Mistrz Z.
– Tak, tak! Od czego mam zacząć?
– No, cóż... – Mistrz nie zwykł dawać prostych odpowiedzi.
Usiadł więc Uczeń w pobliżu i obserwował czyszczącego czarkę mędrca. Po kwadransie, czy dwóch, wyraźnie znudzony, rozejrzał się młodzieniec po okolicy. A wokół ludzie kochali się, nienawidzili, zabijali, kradli, rodzili, umierali, gardzili sobą, ubóstwiali się, dusili i ściskali. Uczeń zerwał się na równe nogi.
– Wiem! – wykrzyknął. Naprawię świat!
– Hm..? – zapytał po dłuższej chwili Mistrz Z.
– Będę czynił dobro! W ten sposób naprawię całe zło!
I rzucił się Uczeń czynić dobro. Mistrz jeszcze ładnych parę godzin polerował czarkę, potem wstał i zanurzył się w ukwieconej łące. Brodził niespiesznie w bujnej roślinności, wreszcie zastygł przy sięgającym pasa żywokoście. Z olbrzymią czułością przyglądał się światłu wędrującemu po skrętoległych, lancetowatych w kształcie a nadto całobrzegich liściach. Kontemplował wyraźną nerwację liści, pieścił wzrokiem szorstkie ich owłosienie. Długo odwlekał chwilę, aż w końcu uniósł wzrok na fioletowopurpurowe kwiaty zebrane w zwisły kwiatostan. Niemy zachwyt spijał z trwałych, zrosłodziałkowych kielichów, cichą eksplozją rozkoszy obrodziło obcowanie z dzwonkowatymi koronami o brzegach odwiniętych na zewnątrz. Gardziele koron już dawno rozchyliły się, przez co bezwstydnie mógł podziwiać przyrośnięte nitkami pręciki.
Z naręczem liści żywokostu wrócił Mistrz Z. do siebie i przygotował okład łagodzący pulsowanie zbitej dupy Ucznia, który po świata naprawianiu pojękiwał cicho w kąciku. Po paru godzinach ból dupy faktycznie ustąpił i Uczeń powstał z kolan.
– Wiem! – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Naprawię świat.
– O... – zdziwił się po dłuższej chwili Mistrz Z.
– Rozdepczę całe zło jak robaka. Wówczas samo dobro zostanie!
I rzucił się uczeń zło rozdeptywać. Mistrz czarkę z resztek liści żywokostu wyczyścił, wstał, zerwał z pobliskiego dębu trochę kory. Maść na złagodzenie obrzęku dziąseł po wybitych zębach  gotowa była, gdy Uczeń wrócił późnym popołudniem. Urażony młodzieniec słowem się nie odezwał, zwalił się w kącie, lekarstwem wzgardził, krwawe skrzepy w kurz od czasu do czasu wypluwał z pasją. 
Tymczasem pora na herbatę zrobiła się idealna. Cienie już się prostowały, podobnie, jak zalane wrzątkiem liście. Napar naciągał, gdy nagle, bez wyraźnej przyczyny czarka pękła. Herbata przez szczelinę wyciekła wsiąkając leniwie w piasek. Mistrz uważnie schnącą plamę obserwował, gdy ta kształt zmieniała, ze smoka w locie, przez koźlę na skale, po rower bez jednego koła i niedbale rzuconą skarpetę.
Długo po tarczy słonecznej w stół horyzontu werżnięciu siedział Mistrz dumając nad świata złożonością. To znaczy prostotą. Gdy Ucznia oddech wyrównał się, mędrzec strzepnął z szaty niewidzialny pyłek, po wielki nóż sięgnął, przysiadł przy śpiącym młodzieńcu. Dłoń mu na ustach położył i głowę szybkim ruchem odrąbał, by nową czarkę do herbaty z niej zrobić.
A niewidzialny pyłek płynął przez niewidzialne powietrze niewidzialnym podmuchem niesiony.




Z WIZYTĄ W CENTRUM ONKOLOGII

Drzwi windy zamknęły się za mną bezszelestnie. No, tak, przecież to nowiuteńki, do tego bardzo nowoczesny budynek, ledwie parę miesięcy ...