sobota, 2 września 2017

Everesty



Powiem ci stary tak: byłem zajebistym ojcem, po prostu zajebistym. Przez kilka pierwszych lat. Może z cztery. Bo chciałem. Bo mogłem. Mogłem sobie na to pozwolić. Akurat taką miałem w firmie sytuację, więc poświęcałem dzieciakom kupę czasu. Dzielenie się obowiązkami po połowie? W moim przypadku to było mało powiedziane. Zmienić pieluchę? Jedną ręką, drugą mieszając zupkę. Pranie, kąpanie, lulanie. Na okrągło, bez słowa skargi. Wstawanie w nocy: z przyjemnością. Zabawa od piątej, żaden problem. Stary! Mleko w nocy potrafiłem zrobić z zamkniętymi oczami, wrzątek, zimna woda w takich proporcjach, że było od razu idealne. I popylałem ze spacerówką, w dupie mając te wszystkie zdziwione spojrzenia litujące się nad biednym, bezrobotnym tatusiem, którego musi utrzymywać żonka, głęboko, stary w dupie. Znałem wszystkie okoliczne parki, parczki, placyki zabaw. Z mamuśkami byłem na ty, mało tego, potrafiłem godzinami rozprawiać o wyższości mąki ziemniaczanej na odparzenia, sposobami na kolki, czy o płynach do kąpieli. Niech cię Bóg broni przed parabenami! I żarciem w słoiczkach. I pneumokokami. A chłopcy łazili mi po głowie. Nawet nie wiesz, stary jaki byłem wtedy szczęśliwy. W piaskownicy, na śniegu, na dywanie. Na drzewie. Ja i moje pędraki. Bo uprawiałem akurat ojcostwo przygodowe, każdy dzień to była wyprawa po przygodę. Jak tylko oderwali tyłki od ziemi, to rzuciłem ich na głębokie wody, błota, lasy. Byliśmy tymi dzikusami, którzy szturmem zdobywają każdy, choć trochę zadrzewiony zakątek miasta. Tymi, którzy turlają się z górki i łowią ryby w fontannach. Tymi, co przechodzą jak burza przez place zabaw, zostawiając za sobą kurz dzikiej radochy. Bandą na rowerach, gangiem kinomanów, smakoszami gofrów, a dobre były tylko w jednym miejscu. Naszym miejscu. A w sobotę ruszaliśmy na zadupia zdzierać kolana i szukać guza. Autem, pociągiem, hulajnogą. Gdzie oczy poniosą, uwielbiali mnie, uwielbiali bezgranicznie. Ja ich też. Szczerze. Ale któregoś dnia, tak na nich spojrzałem i odechciało mi się. Też szczerze. Starszy miał wtedy z cztery, młodszy trzy lata. Coś tam robili, kłócili się o coś, czy coś tachali, a ja popatrzyłem na nich i poczułem, że to się nie uda. Że oni się nie udadzą. Że będą w gruncie rzeczy takimi samymi pizdusiami, jak ja. Takimi samymi frajerami wypełnionymi po brzegi gównem, małymi ambicyjkami, pretensjami, całym tym syfem, który sprawia, że zamiast zdobywców everestów, stajemy się zwykłymi gównojadami z duszami przytemperowanymi do średniej jakości garnituru. I odechciało mi się. Rozumiesz, stary? Uznałem, że to nie ma sensu, nie wiem, może za bardzo się napinałem, za bardzo się wkręciłem, czy co, ale taki mnie zniechęt naszedł, że ni chuja. Nie mogłem tego przeskoczyć. Wróciłem do roboty, z chłopakami widziałem się właściwie w weekendy, dając im parę godzin w sobotę,  bo w niedzielę: wypierdalać. A im bardziej za mną łazili, tym bardziej mnie od nich odpychało. Im bardziej marudzili o jakieś wycieczki, gry jakieś, zabawy, tym bardziej się na nich wypinałem. Nie mogłem na nich wprost patrzeć. Szczególnie starszy był kropka w kropkę. Nawet chodził jak ja. Czyli kto? Czyli, kurwa nikt. Bo już wtedy wiedziałem, że skończyłem. Że już dalej nie pójdę. Nie przeskoczę. Że to co mam, to mam. Nic więcej. Parę strzępów i ten ryj tępy co rano. Trochę śmieci do ustawiania po kątach i coraz bardziej pustą łepetynę. A przecież starałem się, starałem się z całych, kurwa sił. No i tyle ich miałem, że tu doszedłem, nie dalej niż mój stary, nie dalej niż starego stary. I ci chłopcy też dalej nie zajdą, widziałem to po nich. Widziałem to w każdym ich jebanym geście. Że są skończeni już na starcie. I nieważne, czy winny jest system, geny, czy, kurwa złośliwość losu. Na jedno wychodzi. Ta sama beznadzieja powielana po wsze czasy. Wypisana, jak jakiś pierdolony tatuaż na psich mordach. Psie mordy psich synów. To mnie najbardziej chyba wkurwiało. Mogłeś kopać ich w dupska, a oni wracali merdając ogonami. Żeby zebrać jeszcze mocniejszego kopa. I tak w kółko. Aż przestali wracać. Przestali machać ogonkami. Pokazali kły. Wtedy doszedłem do wniosku, że może to i lepiej. Że może to im na dobre wyjdzie, jak się ode mnie odetną? Może, na przekór staną się inni. Lepsi. Więc dokręciłem śrubę. Stałem się niezłą mendą, dopierdalając gówniarzom na każdym kroku. Zrobiłem im na chacie wojnę podjazdową, tylko że oni mieli same miękkie części, nawet jak starali się to ukrywać, a ja miałem ostre jak brzytwy. Albo tępe, bo tępe były boleśniejsze. Gośka jeszcze próbowała do mnie dotrzeć, wybadać, ale ja się zaparłem. Taki już, kurwa jestem, jak się uprę, to nie ma chuja. No i na efekty nie trzeba było długo czekać. Zobaczyłem to w ich oczach: żywą pogardę, żywą jak, kurwa lawa. I mówiłem sobie: dobrze, tak trzymać, chłopaki. Idźcie dalej! Gdzie oczy poniosą. I poszli. Poszli w chuj, nie wiem nawet gdzie, bo miałem na to wyjebane. Tylko znowu mnie naszło. Konkretnie zobaczyłem coś. Zobaczyłem siebie. Siebie sprzed tych paru lat. Bałtyk, pojechałem sam, bo nikt już ze mną nie chciał gadać. Siedziałem na plaży, bardziej nawet smutny niż pijany i oni przyszli. Dwóch łepków i tatko, mamuśka dołączyła później. I to byłem ja, stary! To byłem, kurwa kropka w kropkę ja. To całe tarzanie się w piachu, budowanie z patyków, krzyk, pisk, śmiech, na całego. To byłem ja i moje pędraki. Poczułem to, poczułem, że to było prawdziwe. Jak chuj! Prawdziwe i kurwa jedyne. Jedyne, co było coś warte. Co mi odjebało, że tak to wszystko spierdoliłem? Nie wiem, stary, nie wiem, nic nie wymyśliłem. Bo myślałem o tym, aż mi się z czachy dymiło. I wyłem. Wyłem aż mnie z kwatery wyjebali, a i tak długo wytrzymali. Nic nie wymyśliłem. Wróciłem do chaty i próbowałem to jakoś naprawiać. Zgadniesz z jakim skutkiem? Z kurwa zerowym. Antek miał siedemnaście, Franek piętnaście i mieli na mnie wyjebane. Wiedziałem, co sobie myślą: staremu na starość odjebuje, ale nic z tego głupi chuju. Nie wpuścili mnie już do swoich pokoików, poszli swoimi ścieżkami. I wiesz, stary, co jest w tym wszystkim najśmieszniejsze? Że to mi się, kurwa udało. Nie są tacy, jak ja. Nie są pizdami. Antek wspina się jak marzenie, chwila moment, i będzie w czołówce europejskiej. Franek wszedł w matematykę, ale taką, kurwa wyższą, że różniczka to jest w tym wszystkim pryszcz. I co się na koniec okazuje? Okazuje się, że tylko ja zostałem pizdą wypełnioną gównem, wymiętym szmaciarzem, zerem. Ale mnie to, stary cieszy. Nawet, kurwa nie wiesz, jak mnie to cieszy. Normalnie śmieję się z tego cały dzień. Gośka mówi, że się wyprowadzi, ale wiem, że tego nie zrobi. Chłopaki już do nas nie przychodzą, z matką widują się na mieście. Ale ja jestem szczęśliwy. Bo mi się udało. Mimo wszystko! Udało mi się ich wypchnąć poza ten przeklęty krąg. Są lepsi, wyskoczyli poza średniacki poziom, sięgają gwiazd. Dobra, na razie nie chcą słyszeć o dzieciach, zakładaniu rodziny, ale mają na to czas, na to zawsze jest czas. I wiem, że oni myślą, że stary już kompletnie zbzikował, ale ja się śmieję, śmieję się cały dzień. Bo to jest, kurwa śmieszne, no, sam powiedz? Jest śmieszne? Dlatego ty też się śmiejesz, stary? Dlatego właśnie się śmiejesz!?


Koci łeb

Wiedziałem, że to się tak skończy. Że cały ten pies i związane z nim obowiązki spadną na mnie. Dlatego od początku byłem przeciwny, ale J...