wtorek, 25 kwietnia 2017

Czarny grudzień



Wtedy nadszedł grudzień i przed szkołą pojawiły się czarne plamy. Pustka asfalciała. W klasach wybuchła radość, jak dobrze pójdzie, to przed świętami będzie można wyjść na boisko. Wszystkich ogarnął podniosły nastrój, nawet nauczyciele stali się jakby mniej surowi. Ja też trochę się cieszyłam, lubiłam spędzać czas na zewnątrz. Ale w środku było mi smutno. Bo uwielbiałam pustkę. Mogłam w nią patrzeć godzinami, nic sobie nie robiąc z gadania, że od tego gasną oczy. Nie wierzyłam w te szkolne mity, opowiadane chyba po to, żebyśmy uważali na lekcjach.
A pustka ginęła, plam było coraz więcej, z biegiem dni łączyły się w czarne połacie. Oczywiście zdarzali się tacy, co próbowali wchodzić na asfalt, mimo, że był jeszcze dosyć cienki. Byli przykładnie karani, ich ciała wystawiono nawet na widok, ku przestrodze. To ostudziło gorące głowy, podejrzewałam jednak, że chłopaki z naszej paczki i tak coś knują. Zawsze stałam trochę z boku, więc nie wiedziałam dokładnie, co się szykuje. Może powinnam bardziej się zainteresować, może byłabym w stanie coś zrobić..? Czasem dręczę się takimi pytaniami, pozostają jednak bez odpowiedzi.
Wreszcie, koło dwudziestego woźny oznajmił, że asfalt ma pół metra grubości. Drzwi zostały oficjalnie otwarte. Dzieciarnia z wrzaskiem wybiegła na boisko. Wygłupom nie było końca, przypominało to oszalałe stada ptaków, które nigdzie nie mogą zagrzać miejsca. Po jakimś czasie i ja zdecydowałam się wyjść. Stanęłam na schodkach i rozejrzałam się, szukając naszej paczki. Dostrzegłam zwartą grupkę w rogu boiska. Wyglądali jakby po kryjomu palili papierosy, lecz nagle dotarło do mnie, co tak naprawdę robią. Chciałam krzyknąć, ostrzec ich, ale głos uwiązł mi w gardle. Rzuciłam się ku nim, biegłam po twardej nawierzchni najszybciej, jak potrafiłam. Było jednak za późno. Zwarty krąg rozstąpił się nagle i dwóch chłopców, chyba Kubiak i Sieradzan wyciągnęli wąski, długi walec asfaltu. Tymczasem Stojecki pochylił się, wpuszczając w przerębel żyłkę. Wówczas obraz rozmazał się, płakałam. 


 
Długo nie mogłam się uspokoić.



Kiedy do nich dotarłam, stali spokojnie. Sieradzan częstował wszystkich, brali nawet ci, którzy nie palili. Ja odmówiłam. Nikt specjalnie się nie zdziwił. Zapalniczka krążyła, usta zaciągały się, dziewczyny pokasływały. Ciężkimi jeszcze od łez oczami spoglądałam na moją dawną  paczkę. Przez chwilę zdawało mi się, że pod opuchniętymi twarzami, wygasłymi oczami, zaokrąglonymi brzuszkami dostrzegam dawnych, postrzelonych chłopaków. Było to jedynie bolesne złudzenie. Laski, oprószone tynkiem podkładów, na pozór tylko trzymały się lepiej. 
W powietrzu czuć było już stęchliznę jesieni, liście spadały z drzew jak głupie. Z otwartych okien szkoły dobiegły nas pierwsze takty dawnych przebojów. Po części oficjalnej, spotkanie wkraczało w fazę „taneczną”. Nie miałam na to ochoty, w gruncie rzeczy męczyłam się tu od samego początku. Usilnie zastanawiałam się więc, jak wyjść, by nikogo nie urazić.  

Z WIZYTĄ W CENTRUM ONKOLOGII

Drzwi windy zamknęły się za mną bezszelestnie. No, tak, przecież to nowiuteńki, do tego bardzo nowoczesny budynek, ledwie parę miesięcy ...