czwartek, 9 marca 2017

ŚRUBA

Wieczór jak zwykle zastał mnie przycupniętego przy kompie z palcem przewijającym internet. Coraz niżej, niżej i niżej, bez zatrzymanki. Bo, niby wszystko tu jest, ale w sumie nic specjalnego. Mimo to, jakoś nie mogłem się oderwać i przewijałem. Tylko tyle. Dawno przestałem klikać. Po prostu przewijałem. Prawie beznamiętnie.

Zapatrzyłem się na chwilę, a kiedy ponownie skoncentrowałem wzrok, okazało się, że przewijam ciemność. A może ekran po prostu zgasł. Zorientowałem się, że jednak przewijam, jak mi coś białego mignęło przed oczami. Cofnąłem scrolla. Zatrzymałem. W matowej czerni ekranu rzeczywiście było coś zagrzebane. Przysunąłem głowę do ekranu. Kość. Odskoczyłem od kompa, o mało nie spadając z krzesła. Gdzie ja wlazłem!? 

Szurnąłem myszką, ale kursor gdzieś przepadł. Do tego kość wyglądała jakoś tak podejrzanie prawdziwie. A wiecie dlaczego? Bo była prawdziwa! Coś mnie tknęło, odruch taki pierwotny chyba i sięgnąłem w ekran. Ku własnemu osłupieniu, chwyciłem palcami kawał twardego, podłużnego gnata. Wpatrywałem się w to z niedowierzaniem. No, kość. Biała, chociaż z żółtawym odcieniem. Niby lekka, a trochę ciężkawa. WTF!?  

Odłożyłem ją na bok i trzęsącymi się łapami przewijałem dalej. Było tam więcej kości. Trochę się napociłem, bo wychodziły z ekranu z pewnym oporem. Po jakimś czasie przestały mieścić się na biurku. Przeniosłem wszystko na dywan, a wtedy już wiedziałem, że to ludzkie kości. Zacząłem je układać mniej więcej w całość, obojczyki tu, żebra tam, udowe, piszczel.

Po godzinie, czy dwóch, wyszedł z tego jako taki szkielet, chociaż sporo kawałków nigdzie nie pasowało. Nie wiem czemu, ale wydawało mi się, że to facet. Brakowało mu lewej piszczeli. Musiałem zrobić sobie przerwę. Poszedłem do kuchni po picie. Był środek nocy, chmury przelatywały nad osiedlem. W bloku naprzeciwko paliło się kilka okien. Zrobiło mi się zabawnie na myśl, że ktoś tam na chacie też składa sobie szkielet.  

I tak śmiejąc się do siebie, wróciłem do poszukiwań. Długo musiałem jeszcze przewijać, zanim trafiłem na tę przeklętą piszczel. Normalnie, szukajcie a znajdziecie. Już chciałem ją dołożyć do reszty, kiedy coś mi w niej błysnęło. Do głowy uderzyły mi wspomnienia. Narty, szaleństwo, biel szpitalnych lamp. I śruba w nodze. 

Moja śruba.

Z WIZYTĄ W CENTRUM ONKOLOGII

Drzwi windy zamknęły się za mną bezszelestnie. No, tak, przecież to nowiuteńki, do tego bardzo nowoczesny budynek, ledwie parę miesięcy ...