piątek, 20 stycznia 2017

Wakacje na wsi



Przez całą straszliwą podróż międliłem w głowie myśl: starzy są naprawdę niepoważni! Kompletnie ich pogięło! Ryzykować życiem jedynej latorośli dla paru centów!? Jasne, nocne loty są trochę tańsze, ale o ile bardziej niebezpieczne! Parę razy, delikatne rzecz ujmując, miałem duszę na ramieniu. Całe szczęście nie narobiła pod siebie. Dobra, powiem to: całe szczęście nie narobiłem pod siebie. Lądowanie było już w tym wszystkim najmniej przerażające, a może po prostu zobojętniałem w obliczu nieustającej grozy nocnego lotu. Kiedy po raz setny runęliśmy z jednej chmurzastej przepaści w kolejną, przysięgałem sobie: nigdy więcej! Nigdy więcej nikt nie będzie za mnie decydować dokąd, a przede wszystkim, jak podróżuję! Nawet starzy.
Do tego Wujo musiał wstawać po nocy, żeby mnie odebrać. I chwała mu za to, bo byłem na krawędzi. Nic już nie kleiłem, może z wyjątkiem oczu. Prawie nie pamiętam drogi do wujostwa domu. Na siatkówce zarysowały mi się jedynie: czarny grzbiet nieba zjeżony niewiarygodną liczbą gwiazd oraz ładna kompozycja gospodarskich zabudowaniach wykreślana przez żółtawe światło wysokiej lampy. Odłożyłem zachwyt na później i już spałem słodko na miękkim, cieplutkim posłaniu. Zdecydowanie za długo.
Zdecydowanie mi się należało.


Ale co ja tu będę robił? 


Co ja tu będę robił, pytałem siebie.
Cisza.
Zwróciłem się zatem do przebiegającej przez sufit rysy.
Brak odpowiedzi.
Zapytałem obrośniętą kurzem pajęczynę.
Szparę w deskach podłogi.
I coś, co z niej wystawało.
A nawet słoneczny kontur okna zbliżający się do posłania, które nie było już ani miękkie, ani cieplutkie.
I nic.
Ponownie więc zapytałem: siebie, rysę, pajęczynę, szparę z czymś, aż słońce pocałowało moją wystającą spod kołdry stopę.
Czas może być pustynią.
I to jest kuszące.
Chwyciłem więc kostur i ruszyłem w drogę.


Stanąłem w progu domu. Z zaskakującą przyjemnością zanurzyłem bose stopy w oblewającej wyślizgane drewno słonecznej kałuży. Pomyślałem, że nie będzie tak źle.
Wujo stał na środku podwórka, przyglądał się z uwagą niebu. Znalazłem kolejną przyjemność w kontemplowaniu jego profilu. Który zawsze wydawał mi się rzymski. Trudno mi teraz odtworzyć ścieżkę skojarzeń, po której kroczyłem kiedy byłem tu ostatni raz. Czyli wieki temu. Na pewno nos. Ale, to niskie czoło? Niesforne, posiwiałe już kędziory, nieregularne usta? A może była to ta dumnie wyprężona w drelichu i gumiakach sylwetka, przypieczętowana mocnymi, ale w jakimś sensie k u l t u r a l n y m i dłońmi?
Które sięgnęły teraz po krótki, zakrzywiony nożyk. I zaczęły sprawnie ciąć grzbiety dziworów łaszących mu się do nóg. Nie wierzyłem własnym oczom. Wujo, mityczny bohater mojego wczesnego dzieciństwa, najspokojniej w świecie, a przy tym diabelnie precyzyjnie, ciął płaskie plecy pufiastych, łysawych stworzonek, próbujących opierać się o niego na swych cienkich nóżkach. Podłużne, głębokie nacięcia otwierały się, podobnie jak moje usta. Dziwory wypluwając z krótkich ryjków prawie ludzki kwik, umykały koślawo do otwartej obory. Z trzema ranami ciętymi każdy.
Wujo wyczuł chyba moją pałającą obecność. Obrzucił rozbawionym spojrzeniem malujący mi się na twarzy ekspresjonizm uczuć i wytłumaczył jak dziecku:
  – Teraz pójdą wylizać rany. Na wieczór zaczną się goić i będą grzać, aż miło!
Nie wierzyłem własnym uszom. Wujo hołdujący barbarzyńskiemu zwyczajowi ogrzewania posłań dziworami! Przeciwko czemu osobiście demonstrowałem z całym liceum pod Ministerstwem Rolnictwa. Przeciwko czemu osobiście zbierałem podpisy pod petycjami, prośbami, groźbami. Przeciwko czemu osobiście pisałem na murach: UWOLNIĆ DZIWORY.
Na których osobiście spałem dzisiejszej nocy z błogim uśmiechem na mordzie.

Byłem na śmierć obrażony. Postanowiłem nie wychodzić z pokoju przez co najmniej tydzień. Wytrzymałem do kolacji. Ciotka stawiając przede mną talerz, uśmiechnęła się tym swoim tropikalnym uśmiechem, z miejsca rozbrajając partyzantkę mojego gniewu. Postanowiłem nie składać tak łatwo broni i ostrzeliwałem Wuja rakietami srogich spojrzeń. Ten zdawał się tego nie dostrzegać, żuł spokojnie chleb, siorbiąc kartoflankę na boczku. Niestety genialną w smaku. Jedliśmy w milczeniu. Po posiłku ciotka wyszła do kuchni, Wujo rozpoczął operację wykałaczką.
 – Bo widzisz, synu, to jest dla nich dobre – powiedział, na swoje szczęście bez wcześniejszego protekcjonalnego tonu.
W kuchni Ciotka podzwaniała garnkami. Milczałem, ale cały się gotowałem.
 – I dla nas to jest dobre. Wszyscy są kontent...
Chciałem i to zmilczeć, ale wyparowałem:
 – To jest nieludzkie, potworne, barbarzyństwo!
 – Barbarzyństwo – mielił przez chwilę słowo – powiadasz. – Można i tak na to spojrzeć. Owszem.
Pokiwał głową a potem spojrzał mi prosto w oczy. Zachłysnąłem się błękitem.
 – Co oni ci tam wkładają do tej głowy?    
 – A na przykład to, że nie wolno wykorzystywać zdolności regeneracyjnych bezbronnych istot i szlachtować ich co rano, żeby w nocy grzały wyra!
Wybuchnął takim śmiechem, że uszy mi zwiędły, a szyby w oknach dosłownie zadrżały. Zerwałem się na równe nogi, nerwy po mnie chodziły jak stodoły. Pięści, usta oraz serce miałem zaciśnięte.
 – Przepraszam cię. Naprawdę. Usiądź proszę.
Stałem.
 – Bo widzisz, to nie jest takie proste, jak sobie myślisz. Co ty wiesz o dziworach? Że przy gojeniu gorączkują? Że dochodzą do 45 stopni? I że zrastają się w jedną noc? Ale tylko samice, bo ucięty samiec umrze w pół godziny. To wiedziałeś? Nie? Tego ci nie powiedzieli? A powiedzieli, skąd im się to wzięło? Też nie... A widziałeś samca dziwora? No. To wiesz jaki to cherlawy skurczybyk. I one tak to se obmyśliły. Z rana, jeszcze przed wyjściem na żer, tną pazurem najzdrowsze samice, a one przez noc ich później grzeją. Im więcej samic, tym cieplej. I to weszło im w krew. Stało się częścią ich natury. Wiesz jak bardzo?
Usiadłem.
 – Tak bardzo, że niecięta samica umiera. Gdzieś tak po miesiącu. A cięta żyje i do piętnastu lat. Mam tu jedną taką, co już siedemnasty rok ciągnie. Wczoraj cię grzała.
I tak właśnie wywrócił mi się świat po raz pierwszy. 


Wracałem do pokoju pod dziwnym kątem.
Na zewnątrz było już ciemno, więc temperatura spadała na łeb. A tutaj ciepło. Oparty plecami o drzwi przyglądałem się łóżku. Frędzlowana narzuta unosiła się i opadała nieznacznie. Reakcje miałem zdrowe: w ustach sucho, walące serce, dłonie spocone. Podszedłem do posłania i ostrożnie ściągnąłem narzutę. Upuściłem ją na podłogę, podobnie jak kołdrę i cienki materac. Buchnęło gorące powietrze. Pod rzadkim stelażem łóżka leżało sześć pociętych gorączkujących dziworów. Rany już się zasklepiły, grube strupy układały się w prosty wzór. Ludowizna.
Dziwory przyglądały mi się czujnie czarnymi, paciorkowatymi oczkami. Jedna z samic, chyba najstarsza uniosła ledwo zarysowane brwi. Wyglądała na zdziwioną. Machnęła ogonkiem. Usta mimowolnie rozciągnęły mi się w głupawym uśmiechu. Nie mogłem ukryć przed sobą, że te różowawe krótkoryjne stworzonka były trochę śmieszne... Dyszały lekko i regularnie, ja z nimi. Opuściły oczy, chyba usypiały. Przykryłem je materacem. Rozłożyłem na podłodze narzutę, opatuliłem się kołdrą. Patrzyłem na te niewinne pyszczki, na zasnute gorączką oczka, a moje własne nabiegły łzami zaprawionymi goryczą wcześniejszego głupawego uśmieszku. Barbarzyństwo! Nie mogłem na to patrzeć. Skierowałem wzrok na podłogę. Linie desek łączyły mnie z dziworami, jak linie wysokiego napięcia. Coś bielało w szparze. Sięgnąłem po to.
Ząb.


Obudziłem się na łóżku, przykryty kołdrą. W pokoju ktoś był. Przeszyłem ciemność igłami przerażenia. O drzwi opierał się jeden z dziworów i drapał lekko w stare drewno. Opadłem na materac. Za oknem szarzało. Dziwory wierciły się pod łóżkiem. Drapanie nie ustawało. Wstałem, stworzonko przysiadło na zadzie i machało ogonkiem. Nacisnąłem klamkę. Dziwór wypadł na korytarz, pacnął ruchomą klapkę u dołu drzwi i wyleciał na dwór. Z łazienki wynurzył się Wujo.
 – Wstałeś. Świetnie. Załapiesz się na skórowanie.
Boże przenajświętszy! Co jeszcze!?


Tu liczył się refleks – nie przewidzisz, gdzie ostatecznie ścieknie oskurowana kropla. Na szczęście dostałem gumowe ogrodniczki. Zaczęliśmy od rosy na szerokich, pokładających się trawach. Wujo nacinał czubek skalpelem, ja wpychając paznokcie pod fałdkę, ciągnąłem błyskawicznie, zdzierając świetlisty naskórek. I do beczki. W sumie precyzyjnie przyjemna praca, rosłem z każdym udanym skórowaniem.
Nie mówiliśmy nic, odkąd zanurzyliśmy się w oślepiający, mroźny świt. Nie miałem więc pojęcia, po co ciągnęliśmy na wózku skrępowaną Muscę. Nie było jednak czasu na pytania, była robota do wykonania. I piękno nie do zniesienia. Nie mogłem napaść się widokiem prześwietlonych trawiastych arkad. Ledwo uniosłem czystość błękitu, ostatkiem sił trawiłem światło na mięsistych łodygach. A do tego nad głowami otwierały się kwiaty. Był we mnie wrzask zachwytu, rozciągnięty jak jakaś dzwoniasta medytacja.
Zatrzymaliśmy się na drugie śniadanie. Smak tortilli przyprawił mnie prawie o szaleństwo. Wujo, z równie wielką przyjemnością pochłaniał placek. Jego oczy, z ogonami zmarszczek wyglądały jak roześmiane komety. Spojrzałem na dwie zapełnione beczki. Na trzecią, jeszcze pustą. Dotarło do mnie, że właściwie nie wiem, co się z tych skórek robi.
 – Co się z tych skórek robi, właściwie?
 – Nie wiesz?
 – No, coś tam w medycynie. Chyba.
 – Ano, w medycynie. Opatrunki na oparzenia. Maść na ślepotę. A z tego co zostanie, kosmetyki dla starych bab.
Śmialiśmy się, jak kumple.
 – A po co nam ona? – Wskazałem na nieruchomego owada.
Wujo wytarł ręce o spodnie, sięgnął między beczki i wyciągnął dwururkę.
 – Zobaczysz. Zrobimy teraz coś niebezpiecznego, chłopcze. Gotowy na prawdziwą, męską przygodę?
Że jak?


Zdrętwiałem, gdy dotarło do mnie, dokąd zmierzamy. Pajęczyna rozciągała się między grubymi, ziarnistymi łodygami. Na nitkach lśniły idealne perełki. Ale z boku ciemniała straszliwa jama. Wujo przyłożył palec do ust. Niepotrzebnie, i tak bym nie pisnął. Podchodziliśmy na palcach. Mój przewodnik zagwizdał cicho. Były to powolne serie, wysokich, smutnych dźwięków. W jamie nic się nie poruszyło. Wujo obszedł wózek i odczepił pasy, którymi Musca była do niego przytwierdzona. Dał mi znak rękoma i zepchnęliśmy skrępowanego owada z wózka. Znowu ten prawie bezgłośny gwizd. Jama była cicha i jeszcze chyba ciemniejsza.
Ręce mi się nie trzęsły tylko dlatego, że zaciskałem je kurczowo na strzelbie, którą wręczył mi Wujo. Liczyłem na to, że wie, co robi. Podeszliśmy do najbliższej nitki. Wujo sprawnie, bajecznie sprawnie skórował krople. A mnie zahipnotyzowała jama. Wydawało mi się, że coś tam dostrzegam. No bo coś tam było. Podskoczyłbym jak oparzony, kiedy Wujo położył mi rękę na ramieniu, ale docisnął mnie do ziemi. Wycofaliśmy się przodem do pajęczyny. Wujo gwizdał, mucha ruszała nogą. Muszę przyznać, miałem mokro w gaciach. Co brzmi naprawdę zabawnie, bo kiedy już oddaliliśmy się na pewną odległość Wujo powiedział:
 – A z tych skórek robi się bieliznę. Taką wiesz, seksowną...


Zacząłem od lampy na podwórzu. Przez chwilę kręciłem się przy wejściu, od strony nocy, szukając najlepszego miejsca. Znalazłem je, wbiłem ręce w kieszenie kurtki i patrzyłem. Żółte światło obejmowało narożnik domu, część obory, przede wszystkim jednak rozlewało się po rozbłoconym podwórku. Woda w bezładnych zmarszczkach kolein zamarzała z wolna. Jak łuski na porzuconej skórze. Z ust wypełzała mi para, zimno kąsało w nos.
Jednocześnie, ruda poświata miała w sobie coś letniego, tak jakby ze starej lampy zwisała kropla równie starej herbaty, w której wirowały fusy zmarźlików. Elektryczne światło wycinało w tężejącym powietrzu przejście do innej, upalnej nocy. Na jej dnie rdzewieją zapomniane okręty. A może to cielska drzemiących stworzeń. Co to za okręty, co to za stworzenia? Z przyjemnością odmawiałem sobie odpowiedzi na te pytania. Spijałem wymyślną atmosferę, sporo przy tym wylewając. Jak nabrać ocean doznań wiaderkami percepcji? Szybko, bo coraz zimniej!
Zadarłem głowę w stojącą za plecami ciemność. Widowisko nie z tej ziemi. Kosmiczny piasek sypie się w oczy, tak, że tylko te ziarna widzę. Wszystkie na raz. A nie. Bo jeszcze tamte! I tam! I tam, tam, tam! Ta muzyka porywa duszę do dzikiego tańca. A jednocześnie cisza. Taka, która zaczyna się, kiedy wszystko gra. Patrząc w organy wszechświata, nie miałem wątpliwości. Że wszystko gra. Tam, tam, tam!
Ale w nos zimno. I w uszy. Wracałem do domu, starając się wykuć te mapy na pamięć. Czy gdzieś tam, wysoko, idzie sobie taki ktoś, jak ja? I patrzy w górę, zastanawiając się czy tam, wysoko jest ktoś podobny do mnie? Stanąłem na ganku i ukłoniłem się, na wszelki wypadek. Zmarźliki latały pod lampą jak pijane. Jeden oderwał się od kłębowiska i sfrunął na mnie. Wyciągnąłem rękę. Owad przysiadł na dłoni, łaskocząc skórę cienkimi odnóżami. Składał i rozkładał skrzydełka w kształcie płatków śniegu. Podobno nie ma dwóch takich samych zmarźlików. Przyglądałem mu się chciwie, przezroczyste żyjątko nabierało już koloru mojego ciała.
Po chwili zrobiło się niewidoczne. 


Oto jak mój świat wywrócił się po raz drugi.
Pojechaliśmy na targ. Fura ciągnięta przez dwa koniki trzeszczała śmiesznie, jak łoże namiętnych kochanków. Wieźliśmy potężne pęki ziół, klatkę z młodymi dziworów, worki płodów, jakieś chlupoczące słoje. Ciotka spała, a może się modliła. Wujo gwizdał niezobowiązująco, w podobny sposób dzierżąc lejce. Koniki znały drogę. Siedziałem po prawicy Wuja i dzierżyłem strzelbę, niezobowiązująco. Trochę mi zajęło dojście do takiego stanu. Z początku badawczym okiem przeczesywałem zarośla, biorąc na muszkę każdy podejrzany kształt, czy szelest. Potem każdy większy podejrzany kształt, czy szelest. Potem dałem sobie spokój. Rozparłem się wygodnie na ławce i cieszyłem latem. Ciszyłem się z dobry kwadrans, aż moja radość dojrzała do płytkiej drzemki. Dlatego z początku wydało mi się, że to co widzę, to sen.
Częściowo zagrzebane w ziemi ości wyznaczały główne arterie. A na tych, które wbijały się w pogodne niebo rozpostarto kolorowe tkaniny i płachty folii, dzięki którym alejki handlowe tonęły w przyjemnym półmroku. Targowisko tętniło życiem. Tłumy przelewały się między straganami, uginającymi się od różności, którym nie zdążyłem się dokładnie przyjrzeć (zjeżdżaliśmy ze wzniesienia), ale na widok, których włos zjeżył mi się wszędzie tam, gdzie się już pojawił. Czyli gęsto. Jeszcze jeden zakręt i ujrzałem Targ w całej krasie. A w szczególności Rybie Oczko, czyli przykryty przydymioną, szklaną kopułą oczodół, pulsujący dzień i noc równie przydymioną muzyką i światłem. Tam też skierowały się spojrzenia wujostwa. Tęskne Wuja i pogardliwe Ciotki, która nieraz wypominała mężowi wizyty w, jak to nazywała „tanich uciech taniej spelunie”. Wujo odwrócił się do mnie i przymknął figlarnie oko. Ciotka prychnęła, ale też się uśmiechała. Przez chwilę wydawali się jacyś tacy młodzi. Chyba się zaczerwieniłem.
Na szczęście byliśmy na miejscu. Jeszcze Wujo dobrze nie zaparkował, a ja już pędziłem na spotkanie cudów, gnany strachem, że coś mi umknie. Ciotka rzucała za mną zaklęcia, Wujo grzmi gromko. A był to śmiech tak pełen aprobaty, że wyrosły mi skrzydła. Co nie ułatwiało sprawy, bo alejki były zatłoczone. Zachowywałem się jak spuszczony ze smyczy dzieciak, ale nie dbałem o to. Nie dbam też o to, co widziałem i co słyszałem, w kontekście tego, co zobaczyłem i co usłyszało moje serce: drugi, czy trzeci raz przebiegam obok Wujostwa, którzy z kimś rozmawiali. Coś mnie tknęło. Podszedłem bliżej i coś mnie tknęło jeszcze raz, tylko teraz już na całego.
Znajcie moją wyrozumiałość: oszczędzę wam opisów, na które mnie stać. Być może was nie byłoby na to stać. Powiem więc krótko: to była najpiękniejsza kobieta na świecie. I tyle wystarczy. Słowa to zdrajcy, wam też nie ufam.
Niewiele starsza ode mnie. Składająca się głównie z oczu. Uśmiechających się. Uśmiechających się do mnie. Uśmiechających się do mnie promiennie.  I porażony tym światłem byłem przez resztę dnia. Coś tam sprzedaliśmy, coś tam jedliśmy, coś tam pakowaliśmy, coś tam wracaliśmy. Już na wozie Wujostwo rozmawiali o czymś, ale musieliby wrzeszczeć by przekrzyczeć szum w moich uszach. Który ucichł nagle, gdy z potoku rozmowy wyłowiłem jej imię.
...wdową, taka młoda...
...na Dzikiej Łące...
...nigdy nie był zbyt rozsądny...
...ciała nie znaleziono, kto by tam szukał...
...poradzi se sama?
...silna jest... dobrze, że dziecko jedno...
Moje serce, oraz inne ważne organy napełniały się nadzieją. Nie mogłem tego zatrzymać.
Szkoda, że dziecko jedno.

 ○

Najbardziej lubiłem śmignąć wzdłuż wschodniej krawędzi (chłostany słonecznymi biczami), nad pastwiskiem, wywołując szczery aplauz oszalałego bydła, by zniknąć w tunelach łopianu. I wyskoczyć  prosto w paszczę Dzikiej Łąki. Każdego dnia leciałem trochę dalej. W ostatniej chwili wykręcałem ostro i uderzałem nad strumyk, ku piaszczystemu zakolu z nagrzanym kamlotem. Uwielbiałem to miejsce, tutaj złowiliśmy poczwarkę. Tutaj zeskakiwałem z siodła, zahaczałem lejce o kołek wbity w złoty piasek i głaskałem Felę po związanej kłujce. Oddychałem pełną piersią, na której unosił się nawleczony na rzemyk ząb. Krew buszowała w żyłach. Owad musiał to wyczuwać, kłujka pulsowała nerwowo. Przysuwałem się bliżej, staliśmy naprzeciw siebie. Młody, śmiertelny bóg i ujarzmiona bestia. Łaskotała mnie czułkami. Czasem tak się z nią drażniłem.
Ale bez przesady, dbałem o swoje zwierzę.


Kiedy Wujo powiedział, że musimy sprawić mi komara, protestowałem, ale bez większego już przekonania. A właściwie umierałem z podniecenia i ciekawości. Ruszyliśmy po południu, Ciotka żegnała nas jakbyśmy szli na wojnę. I miała trochę racji.
Nad strumyk dotarliśmy pod wieczór, niebo czerwieniało. Ostatkiem sił wdrapałem się za Wujem na kamlot. W spokojnej w tym miejscu wodzie kłębiły się poczwarki. Szalenie ruchliwe. Ale Wujo miał na to sposób. Przygotował linę zakończoną hakiem, nakłuł mi palec nożykiem (tak, tak, krótkim i zakrzywionym) i rozsmarował na ostrzach haka wytoczoną kroplę krwi. Zarzucił linę i czekał. Czekaliśmy, a wieczór zapadał jak jakieś czary. Od łąki szedł zapach, od zachodu blask, pojawiające się właśnie na niebie gwiazdy nadawały wymiar. Dopiero trzecią poczwarkę Wujo uznał za godną uwagi. Pętał ją sprawnie, a ja oswajałem się z myślą, że ta obca, pokryta łuską istota o oczach jak wygaszone, wypączkowane telewizory stanie się częścią mego świata.
Super!


Noc spędziliśmy przy ognisku, Wujo opowiedział mi trochę o widliszkach, bo tak je tutaj nazywali. Śmiał się, że powinienem wołać na niego „pisiorku”. Dopiero później zrozumiałem, że pił do oficjalnej nazwy (Anopheles maculipennis). I właściwie to było zabawne, niepotrzebnie się obrażałem.
Okazało się oczywiście, że Wujo wybrał idealnie. Rano stał przede mną dorosły owad. Już osiodłany, ze związaną kłujką, gotowy do lotu. A ja? Bynajmniej, ale Wujo nie dawał czasu do namysłu.
 – Podejdź spokojnie, zna twój smak... lewa noga w strzemię... Lewa! Balans ciałem, praca piętami. I pod żadnym pozorem nie puszczaj lejców!
No i nie puszczałem: lądując w piachu, wpadając do wody, w trawę, znowu do wody. Po paru minutach byłem bliski rozpaczy. W sensie płaczu. Ten owad mnie nie chciał. Nie potrafiłem nim kierować. Nic nie potrafiłem. Unosiłem się na wodzie, z mokrą twarzą, szarpany wątpliwościami, szarpany przez brzęczące w powietrzu, dzikie stworzenie. Chciałem puścić lejce, ale nie puściłem. Wujo stał na brzegu i przyglądał się nam, osłaniając ręką oczy. Zacisnąłem zęby i zrobiłem to. Okiełznałem je.
Po trzech dniach.


Wbijam się w roziskrzoną taflę. Pozwalam ciśnieniu wypchnąć się na powierzchnię, ale nie wynurzam głowy. Unosząc się na wodzie chłonę słoneczny deseń pełzający po piaszczystym dnie, roślinach, moich dłoniach. Odwracam się na plecy, podziwiam chmury, mam wrażenie, że z wzajemnością. Wychodzę na brzeg, schnę w słońcu, pasąc oczy okolicą. Słońce zbliża się do zenitu. Najwyższa pora.
Odwiązuję lejce, wskakuję na siodło i lecę prosto ku mojemu przeznaczeniu.


Wkręcić się nie było trudno. Jak już miałem komara, naprowadziłem Ciotkę na szczytną ideę pomocy wdowie. Wypełniałem plecak dobrem i poleciałem pod wskazany adres. Ku własnemu zaskoczeniu byłem swobodny i pewny siebie. A ona uśmiechała się bez przerwy i niewiele mówiła. Może dlatego, że mi się buzia nie zamykała. Nie wiedziałem, że mam tyle do powiedzenia. A jeszcze, tyle było do zrobienia! Rynna na tarasie, drzwi do komórki, zmywarka (instrukcje od Wuja), płot odmalować, krzewy przystrzyc, drzewa zaszczepić, nasmarować pompę. Zjawiałem się codziennie z darami i zawsze coś do roboty sobie wynajdywałem. Zaprzyjaźniłem się też z brzdącem. Doprowadziłem go do stanu uwielbienia, co nie było trudne w przypadku dwu i pół latka. Robiliśmy pokazy szalonej, wzorcowej zabawy, a ona patrzyła tymi swoimi oczami, które widziałem nawet, gdy byłem odwrócony.
Głównie jednak zostałem kolekcjonerem. 


Moment, kiedy stawała w drzwiach, podczas gdy osadzałem Felę. Rękawy zakasane, ręce zaróżowione od gorącej wody. Odgarniała kosmyk z twarzy i śmiała się, gdy zdarzało mi się spaść przy lądowaniu.
Moment, w którym stawała w drzwiach, podczas gdy wskakiwałem na Felę. Przez werandę przewalały się smugi zachodzącego słońca. Unosiła rękę, uśmiechała się, machała mi na pożegnanie. A ja uderzałem prosto w spienione powietrza.
Moment, w którym wsuwała się, wraz ze słońcem, do zbudowanej z krzeseł i koców pieczary zamieszkiwanej przeze mnie i brzdąca, przynosząc miskę owoców (a bluzka rozchylała się).
Moment, w którym, po całym dniu opadała w fotel na werandzie, opierała bose stopy o stolik i z głębokim westchnieniem odchylała głowę. Oczy przymknięte, usta rozchylone, a ja rozsypujący się obok w kupkę popiołu.
I kiedy wołała mnie, po imieniu, z kuchni, bym odkręcił słoik.
Spojrzenie, którym obdarzała mnie, kiedy uruchomiłem starą kosiarkę (działała przez pół trawnika).
Oraz spojrzenie, którym obdarzała mnie, mówiąc bym na siebie uważał.
Trwający 37 minut moment, podczas poobiedniej sjesty, kiedy spała z jedną ręką założoną za głową, drugą opuszczoną wzdłuż boku. Podczas, gdy spódnica zsunęła się, odsłaniając kawałek uda. Udało mi się to wytrzymać.
Jej ręce oplatające mnie w pasie, kiedy zabrałem ją na przejażdżkę Felą (tylko wokół domu, brzdąc skaczący po tarasie).
Jej dłoń zdejmująca z mojej głowy liść, którym ukoronowała mnie jabłoń.
I najlepsze: jej głowa opierająca się o moje ramię w czasie lotu. 


Lato osiągnęło szczyt i przechyliło ku upadkowi. Może dlatego pozwoliłem sobie zostać dłużej niż zwykle. I gadać więcej niż zwykle. Jezu! O czym to ja mówiłem? Leżeliśmy na tarasie rozwałkowani upałem. Wieczór nabrzmiewał, ja wraz z nim. Rzucałem zaklęcia, święcie wierząc w moc słów. Jednocześnie przysuwałem się do niej drobnymi ruchami. Nie czułem niewygody ciała opieranego właściwie na pięcie i łokciu. Pulsowałem. Byłem już tak blisko, że skończyły mi się słowa. Stykaliśmy się bokami. Patrzyłem na mlecznobiałe ciało w rozcięciu bluzki. I omdlewając sięgnąłem ku temu ciału.
Nie wiem, co sobie wyobrażałem. Pewnie, że rzucamy się na siebie i kochamy pod gwiazdami. Że robimy to całą noc. Że jemy razem śniadanie. I żyjemy razem do późnej starości. Jakoś tak.
Tymczasem ona zdjęła moją dłoń z piersi i uśmiechnęła się.
Łagodnie, jak matka.


Ptak przyszedł punktualnie, nocne loty mają, zdaje się mniej opóźnień. Było trochę zamieszania z przebukowaniem biletu, starych trzepnęło po kieszeni, ale co mi tam. Wujo o nic nie pytał. Kochany Wujo! Ale Ciotka nie mogła się nadziwić. Pytała czy zbawią mnie te trzy dni. I może by mnie zbawiły.
Czekaliśmy na skąpo oświetlonej płycie lądowiska, najpierw podczepiano bagaże. Ptak odwrócił głowę. Z czerni wynurzyła się płaska, biała maska. Szeroki u nasady dziób rozdzielał czarne oczy. Chętnie bym powiedział: niewysłowienie smutne, czy coś. Ale nie powiem, były po prostu czarne. Chociaż szklara miała kształt serca... Czy to nie zabawne?
Uściskałem radośnie Wujostwo. Obiecałem przyjechać za rok. I może naprawdę przyjadę? Wpiąłem się do uprzęży. Pod piórami było ciepło. Widziałem też kawałek nocy. Nie jest tajemnicą, że nocne loty bywają niebezpieczne. Rzadko jednak ktoś doznaje w ich trakcie szwanku. Może z wyjątkiem jakiejś polnej myszy. I tych pasażerów, na których bryźnie trochę krwi. Bo niektórym Tyto Albom zdarza się zapolować w trakcie rejsowego lotu.
I powiem szczerze: nie miałem nic przeciwko!

Z WIZYTĄ W CENTRUM ONKOLOGII

Drzwi windy zamknęły się za mną bezszelestnie. No, tak, przecież to nowiuteńki, do tego bardzo nowoczesny budynek, ledwie parę miesięcy ...