środa, 11 stycznia 2017

Ballada o Jebadełku

   Marycha Majtyńska latawicą była piękną jak malowanie, mimo to krzykliwy makijaż stosującą. Dupskiem szastasz, męża nie znajdziesz, bój ty się Boga, dziewczyno, zaklinała matka jej, nieboszczka. Ale Marycha za nic miała gadanie tak karmicielki, jak i reszty małomiasteczkowych ćwoków. Byle kiecę na goliznę zakładała i własnymi ścieżkami chadzała. A właściwie ścieżką biegnącą do pobliskiego zagajnika. 
 
   Był też Józek Gaciarz, cwany chujek krzywogrzywy, co żadnej pannie nie przepuścił. Śmiał się, że Bóg mu między nogami miast siurka jebadło zamontował, i że nikt go w chędożeniu nie prześcignie. A jeśli się takowy znajdzie, to proszę bardzo, on Gaciarz w zawody stawać gotowy. Za to gadanie stary Józka łacnie mu ucho wykręcił, sycząc przy tym w gorejącą małżowinę Boga nie ma gówniarzu, zapamiętaj raz na zawsze.

   Rozumiecie sami, że spotkanie tej dwójki, to była jedynie kwestia czasu. A czas był wiosenny. Słońce, nie mniej ciekawskie od mieszkańców prześwietlało zagajnik. Między młodych brzóz sprężystą bujnością Majtyńska i Gaciarz obwąchiwali się gruntownie. Po miasteczku wieść poszła, że do zbliżenia gigantów dojść może. Tłuszcza napływała gromadnie, sadowiąc się na okolicznych pagórkach, drodze powiatowej a nawet dachach nieodległych czynszówek. 

   Marycha i Józek odzież z siebie zdejmować już poczęli, na gałęziach garderobę rozwieszając. Niepokoje społeczne to wywołało, gdyż części gapiów widok się skurczył. Na całe szczęście przybyły milicji oddział porządek pałkami zaprowadził, przy okazji miejsca sprawiedliwiej rozdzielając. I tak na przodzie siedzieli z huty pobliskiej przodownicy, dalej reszta załogi, potem zjednoczenie, oświata, kadry, a wszystko zamykały hufce, zwykłym gapiom miejsca stojące jeno zostawiając. Atmosfera robiła się gorąca. 

   Józek opuścił gacie do kostek, a Majtyńska całkiem już goła oparła się o drzewo. Pupę wypięła, zamęt w głowach mężczyzn i bab gadanie wywołując. Głowę obróciła ku Gaciarzowi, tylko żeby dziecka nie było powiedziała. Gaciarz grzywkę z czoła odgarnął, splunął na sterczący swój narząd, który, ku wyraźnej uldze męskiej części publiczności, ani mały, ani specjalnie duży nie był. Główką chuja masował chwilę różowawe płatki, następnie jednym mocnym pchnięciem wpakował się w wilgotną cipę Majtyńskiej. Na Słońcu oraz na policzkach mieszkańców wystąpiły plamy. 

   I tak zaczęło się jebanie, które przeszło do miejscowej historii, a matkę Majtyńskiej do śmierci doprowadziło. Starej dewotki serce pękło na wieść o poczynaniach córy. Ojciec Józka też na tym stracił, ale to przez zawahanie. Gdy na miejsce służbową wołgą przybył, raźnym krokiem w kierunku zagajnika ruszył, jednak w połowie drogi się zatrzymał. Głowę spuścił i stał tak, niepomny na ludzkie zgorszenie, jakie niezdecydowany sekretarz powiatowy wywoływał. Wkrótce też funkcję stracił, do siebie nigdy już nie doszedł, z ponurej willi  do końca swych dni nosa nie wyściubiając. 

   A młodzi dalej cyrk odstawiali. Jebanie było solidne, Józek starał się z całego serca. Marycha spierzchnięte wargi językiem omiatała. W ciszy jaka opadła na okolicę, tylko plask uderzających o się ciał słychać było. Nic nie zapowiadało rychłego końca tego przedstawienia. Po południu ludziska zaczęli powoli się rozchodzić. Do wieczora tylko dzieciarnia została, mimo późnej pory nadal żywo w obserwację zaangażowana. Dopiero wściekłe krzyki matek do domów z zakurzonej drogi dziatwę ściągnęły. Nocą parę ognisk wokół lasku zapłonęło, śpiewy dały się słyszeć do bladego świtu.

   Przez dni parę sporo gapiów jeszcze przychodziło popatrzeć, jak ta dwójka dokazuje. A dni zamieniały się w tygodnie, tygodnie w miesiące, miesiące w lata. Z biegiem czasu chędożąca się para wrosła w koloryt dzielnicy, mówiło się nawet tam, koło Jebadełka, albo za Jebadełkiem w lewo. Wokół zagajnika osiedla się pobudowały, drogi dojazdowe powstały a nawet supersam. Do gaju z rzadka już ktoś przy okazji spaceru, czy z psem wyjścia zajrzał, sprawdzić, czy Józek nadal Marychę obraca.

   Aż czasy się zmieniły i to na dobre. Stare czynszówki wyburzono, nowoczesne bloki na ich miejsce stawiając. Jak w dupie, co prawda ciasno, ale jak to mówią - własno. Ludzie coraz bogatsze się porobili, każdy jeden antenę na balkon wystawiał, starego rzęcha nowym rzęchem zastępował. Aż miejsc parkingowych poczęło brakować. Przyszłość zagajnika zrobiła się niepewna. Deweloper, zgodę mając, czy mając ją w dupie, starodrzew wyciął, los odbywającej wytrwale stosunek parki pieczętując. Tym bardziej, że nieprzyjemne sprawy wyszły na jaw.

   Gdy drzewa padły pod pił zębami, odsłonił się mieszkańcom naszego dynamicznie rozwijającego się miasta widok nader przykry. Stara, pomarszczona skóra, brzuszyska, piersiska niesmacznie obwisłe, włos przerzedzony (przy czym pan Józef całkiem łysy). Do tego braki w uzębieniu, nie mówiąc już o na wpół zwiotczałym prąciu Gaciarza, czy całkiem zwiędłym łonie Marii. Ludzie z niesmakiem kręcili głowami, dzieciom oczy zasłaniając. Półżywych kochanków zabrano z miejsca schadzki i umieszczono w magazynie Urzędu Miasta pośród innych pamiątek, gdzie, kto wie, może i do dziś spółkują?

Z WIZYTĄ W CENTRUM ONKOLOGII

Drzwi windy zamknęły się za mną bezszelestnie. No, tak, przecież to nowiuteńki, do tego bardzo nowoczesny budynek, ledwie parę miesięcy ...