środa, 25 stycznia 2017

Adrian N.


Adrian N., odrobinę nieśmiały, w miarę inteligentny, czteroletni blondasek zaczął płakać w czwartek, siódmego października .... roku. Malca siedzącego po turecku przodem do wychodzącego na przedszkolny ogród okna zauważyła opiekunka, 34 letnia Marianna G. Chłopiec płakał bezgłośnie, usta miał wykrzywione w podkówkę, a z oczu leciały mu łzy, zbierając się w ciemniejącą na bluzie z wizerunkiem Supermana plamę. Adrian nie odpowiadał na pytania, na każdą próbę dotyku reagował szczodrzejszymi potokami łez. 
Po godzinie bezowocnych prób nawiązania kontaktu z chłopcem, wezwano jego rodziców. Matka Adriana nie mogła wyrwać się z pracy, syna odebrał więc tata. Dziecko obojętne na jakiekolwiek słowa i gesty ojca, wciąż tylko płakało. Bezradny mężczyzna próbował szukać oparcia w oczach opiekunki i dyrektorki placówki, jednak kobiety również nie wiedziały co robić. Zasugerowały, żeby zabrał syna do domu, być może to wytrąci malucha ze stuporu, w który popadł. Nic takiego jednak się nie stało. Adrian płakał bez przerwy. Ojciec próbował wszelkich sposobów, podsuwał zabawki, laptop z bajkami, słodycze. Z prób przytulania zrezygnował na samym początku, gdyż malec źle na to reagował, poza tym pan N. nigdy nie był zbyt biegły w tych sprawach. Adrian płakał. 
Późnym popołudniem wróciła matka chłopca. To ona zdecydowała o wizycie w szpitalu. Znudzony a może zwyczajnie zmęczony lekarz dyżurny polecił im kupić ziołowy syrop uspokajający. Matka chłopca nie dała się jednak zbyć byle czym. Nalegała, więc lekarz przyjrzał się uważniej wciąż bezgłośnie płaczącemu czterolatkowi. Ogólne badanie nic nie wykazało. Lekarz nie znalazł też na ciele chłopca śladów po urazie, czy upadku. Pani N. była wściekła na męża, że nie wypytał  przedszkolanek o ewentualne wydarzenia, bójkę, lub jakieś popchnięcie, które mogło mieć wpływ na nienormalny stan dziecka. Lekarz zażegnał szykującą się kłótnię małżonków autorytarnym stwierdzeniem, że dzieci nieraz tak po prostu mają. Nie ma co się przejmować, raczej cieszyć, że nie ryczy wniebogłosy, tylko tak, po cichutku. Wyśpi się i mu przejdzie. Rzeczywiście Adrian wdawał się zmęczony. Zaczerwienione oczy dosłownie mu się zamykały. Zasnął ojcu na rękach podczas przenoszenia go z samochodu do mieszkania. Rodzice odczuli wyraźną ulgę, szybko także położyli się spać, wycieńczeni wydarzeniami tego strasznego dnia. 
Straszniejszy okazał się jednak poranek dnia następnego. Kiedy o 7.15 pani N. weszła do pokoju Adriana, chłopiec już siedział na łóżku po turecku i płakał bez jednego dźwięku z brzydko wykrzywionymi ustami. Po dwóch godzinach nieudanych prób dotarcia do chłopca, pani N. chwyciła płaszcz, torebkę i pojechała do przedszkola, dowiedzieć się, czy dzień wcześniej jej dziecku coś złego przytrafiło się w tej placówce. Przedszkolanki zgodnie twierdziły, że Adrianowi nikt nie zrobił żadnej krzywdy. Jednakże Marianna G. przypomniała sobie, że zanim chłopiec tak niemożliwie się rozpłakał, rozmawiał z odrobinę starszym kolegą, Jakubem K. Mama Adriana, telefonicznie poinstruowana przez psychologa dziecięcego, odbyła z owym dzieckiem rozmowę:
 - Kubusiu, czy mogę zadać ci pytanie?
 - Tak.
 - Rozmawiałeś z Adrianem?
 - Nie można.
 - Dlaczego nie można?
 - Bo on tylko płacze.
 - No tak. Ale wcześniej, zanim zaczął płakać, rozmawiałeś z nim?
 - Tak. 
 - O czym rozmawialiście, Kubo?
 - O liściach. 
 - O liściach? A co mówiliście o liściach?
 - Adrian mówi czemu liście upadają.
 - A ty, co mu odpowiedziałeś?
 - Że to jesień ich umarnuje.
 - Umarnuje. Rozumiem. A co na to Adrian?
 - Czy on też umarnie.
 - I co mu powiedziałeś?
 - Że każdy umarnie, tak powiedział mój tatuś...
Usta Jakuba zadrżały niebezpiecznie, do oczu napłynęły łzy. Rozmowę należało zakończyć. Matce Adriana wystarczyło to jednak, by zachłysnąć się nadzieją. W domu, nie zdejmując płaszcza uklękła przy synku, przytuliła go i powiedziała:
 - Adi, kochanie, ty nigdy nie umrzesz, rozumiesz? Nigdy! Ja ci na to nie pozwolę, przysięgam na Boga! Adusiu, kochaniutki, no  już, spokojnie. Nic ci nie grozi, skarbeńku. Obiecuję, że nigdy... że nigdy nie umarniesz!     
Jednak łzy Adriana nie przestawały płynąć. Zaczęła się wielomiesięczna gehenna wypełniona niezliczonymi wizytami u lekarzy, psychologów, psychiatrów, znachorów i szamanów. Wypełniona badaniami, rezonansami, prześwietleniami. Modlitwami i zaklęciami. Jednoznacznej diagnozy nie udało się uzyskać. Chłopiec płakał od rana do wieczora, kiedy to zamykał oczy i usypiał. Ponieważ nie przyjmował żadnych pokarmów, ani płynów, zdecydowano się na wlew kroplowy. Widok wychudzonego ciałka upstrzonego wenflonami łamał serce, nie było jednak innego wyjścia. Niestety kroplówki nie były w stanie uzupełnić wszystkich mineralnych ubytków. Skóra chłopca zrobiła się prawie przezroczysta. Włosy i brwi zmieniły kolor na mlecznobiały, a pod oczami pojawiły się ciemnobrązowe plamy. Rodzice Adriana otarli się o separację, dla dobra chłopca zostali jednak pod wspólnym dachem.
Adrian wstawał przed matką, która żywiona kurczącym się zapasem nadziei, każdego ranka sprawdzała, czy jej synek nadal płacze. Niestety, codziennie zastawała go siedzącego nieodmiennie po turecku, z twarzą skierowaną ku oknu i lejącego łzy z niemo wykrzywionymi ustami. Zmieniała zbiorniki, regulowała kroplomierze i wychodziła załamana do kuchni, gdzie w milczeniu spożywała z mężem śniadanie. Potem pan N. wychodził do pracy, a pani N. snuła się po mieszkaniu nasłuchując jakiegokolwiek szmeru z pokoju Adriana i balansując na krawędzi załamania nerwowego, przed którym bronił ją jedynie chemiczny kordon antydepresantów. 
Minęła ponura zima, przyszła niepocieszająca wiosna. Któregoś dnia matka zastała Adriana siedzącego bliżej okna. Rodzice chłopca byli wniebowzięci. To był, w ich przekonaniu znak. Pan N. skonstruował specjalne siedzisko pozwalające umieszczać chłopca na wysokości okna, tak by mógł patrzeć sobie na świat. I oto Adrian pojawił się w oknie państwa N. "zawieszony" na nitkach przewodów doprowadzających niczym jakiś niedomagający budda. Z początku wzbudzał sensację, szczególnie wśród osiedlowej dzieciarni, wkrótce jednak wszyscy przywykli do smutnego "Pajączka" z piątego piętra, który tkwił w oknie od bladego świtu do zachodu słońca z twarzą mokrą od łez.
Wszystko zakończyło się nagle w połowie października następnego roku. Pani N. parzyła w kuchni drugą kawę, kiedy ktoś pociągnął ją za pasek szlafroka, o mało nie przyprawiając o zawał. To był Adrian. Podniósł na nią wielkie, podkrążone oczy i powiedział, że jest głodny. Następnie upadł. Chłopiec był bardzo osłabiony. Mimo wilczego apetytu, jaki przejawiał, nie udało się odbudować prawidłowej masy jego ciała. Adrian na zawsze pozostał drobny i kruchy. Rehabilitacja ciągnęła się latami. Chłopak co prawda zaczął chodzić, jednak ilość zabiegów leczniczych uniemożliwiła mu naukę w zwyczajnej placówce. Szkołę kończył w trybie indywidualnym, przez co nie utrzymywał kontaktu z rówieśnikami. Także jego wygląd: niski wzrost, śnieżnobiałe włosy, głębokie cienie pod oczami oraz karykaturalnie wykrzywione usta nie ułatwiały relacji interpersonalnych.
Do dwudziestego trzeciego roku życia Adrian nie do końca wiedział, kim chce zostać, miotając się między karierą piosenkarza a prywatnego detektywa. Pani N., powalona depresją nie miała siły na walkę z tymi nierealnymi marzeniami. Pan N. zostawił ich kilka lat wcześniej, założył nową rodzinę, całkowicie odcinając się od syna i jego uzależnionej od leków matki. Wreszcie, któregoś dnia Adrian stwierdził, że spróbuje sił w stand-upie, wykorzystując swoje, jak mówił "wadziki" - mniej niż metr pięćdziesiąt wzrostu, wygląd zniszczonego hulaszczym życiem staruszka - jako atuty. Większych sukcesów nie odniósł, zaliczając parę niskopłatnych, czy wręcz bezpłatnych występów w okolicznych lokalach. Niejakim sukcesem było piąte miejsce w ogólnopolskim konkursie, nagrody jednak były rzeczowe, zaproszenia nie posypały się. 
Chłopak nie zniechęcał się łatwo, nadal wierzył w formę komediową, latami szlifując swój najlepszy show, nieodmiennie zaczynający się od słów: hej, ludzie, jak patrzę w lustro, to mówię sobie jedno: tylko się, chłopie nie rozpłacz... I który nie doczekał się wykonania, zarzucony dwa lata po śmierci matki. Adrian wrócił do siedzenia w oknie, wrastając w osiedlowy koloryt jako "Pająk" z piątego piętra, sterczący za szybą od bladego świtu, do zachodu słońca.

Koci łeb

Wiedziałem, że to się tak skończy. Że cały ten pies i związane z nim obowiązki spadną na mnie. Dlatego od początku byłem przeciwny, ale J...