środa, 21 grudnia 2016

TYM RAZEM BOŻEGO NARODZENIA NIE BĘDZIE


Na niebie zawisła flara zalewając okolicę trupią poświatą. Trzech strudzonych żołnierzy weszło do stajni. Najmłodszy przyklęknął zaraz przy wejściu i rzygnął solidnie. Drugi wojak patrzył na to z niesmakiem, naśmiewając się w duchu z kolegi, który nie potrafi pić jak mężczyzna. Następnie kucnął w kącie i wysrał się z wyraźną ulgą. Pogmerał w kieszeni munduru szukając podcierki. Znalazł tylko jakieś pismo, urzędowe zapewne. Podtarł się ostrożnie, by nie podrażniać żylaków. Trzeci żołnierz podszedł do podejrzanie czujnej sterty siana. Milcząc, wskazał na nią palcem. Towarzysze broni wymienili między sobą kilka znaczących spojrzeń i gestów. Trzeci żołnierz rozpiął rozporek. Parującą strugą wyrysował na podeschniętej trawie znak krzyża.
Noc dopiero się zaczynała. 
Po chwili mężczyźni opuścili budynek. Z kopy siana dały się słyszeć westchnienia ulgi. Dwóch żołnierzy obeszło stajnię, by sprawdzić ewentualne wyjścia. Trzeci zaryglował dokładnie wrota. Oparł się o nie plecami, wyciągnął zza opaski hełmu skręta. Uderzył zapalniczkę, zaciągnął się. Nie gasił płomienia. Spojrzał na niebo gwiaździste nad sobą i przyłożył czerwonawy jęzor do strzechy.

Z WIZYTĄ W CENTRUM ONKOLOGII

Drzwi windy zamknęły się za mną bezszelestnie. No, tak, przecież to nowiuteńki, do tego bardzo nowoczesny budynek, ledwie parę miesięcy ...