wtorek, 25 października 2016

ZŁOTE JAJO

Przez uchylone o tej porze Okienko Północne wdarły się do komnaty okrzyki wzburzonego tłumu, szczęk oręża i niepodszyte jeszcze paniką rozkazy dowódców Gwardii. Arcybiskup drgnął nieznacznie, a jego wpół przymknięte powieki z ogromnym trudem uniosły się odrobinę. Po dłuższej chwili głowa rozpoczęła mozolny proces zwracania się ku źródłu niepokojących dźwięków. Fałdy szyjne z wolna rozciągnęły się na podobieństwo nabrzmiałych schodów, u szczytu których ukazał się niespodziewany gość w postaci rzymskiego podbródka. W połowie ruchu głowa Arcybiskupa zatrzymała się jednak, jakby jej właściciel stracił zainteresowanie przybierającą na sile wrzawą. Możliwe też, że te ćwierć obrotu wyczerpywało możliwości skrętne szyi Arcybiskupa, w końcu Karmieniem zajmowało się najlepsze zgromadzenie z możliwych. Moje zgromadzenie.

W kąciku ust dostojnika pojawił się spieniony wyciek. Wikariusz Generalny zagwizdał cicho. Prezbiter Lewego Kącika Ust poderwał się ze swego miejsca przy Ścianie Wschodniej. Bezszelestnie, na lekko ugiętych nogach podbiegł do Gniazda, pewnie dzierżąc w ręku długie drzewce zakończone gąbką w kształcie gwiazdy. Fachowo a jednocześnie delikatnie osuszył zbierającą się ślinę i powrócił na stanowisko, gdzie zastygł w niskim przyklęku.

W komnacie, mimo nabrzmiewającej spod bram Pałacu wrzawy, panowała niezmącona atmosfera na pozór sennej, podszytej wszak żywą czujnością gnuśności. Spójrzcie na tych porozstawianych wzdłuż Ścian członków arcybiskupiej świty. Z jaką pokorą piastują swe dziedziczone, wyłudzone, wykradzione, wydarte stanowiska, gotowi służyć na każde skinienie Arcybiskupa. Jakże uważnie obserwują spod pochylonych nisko czół swego mocodawcę i nie mniej uważnie siebie nawzajem, gotowi wrazić przeciwnikowi zatruty sztylet w serce, plecy, a co poniektórzy i niżej, znacznie niżej. O tak, ten dzień płynął niewzruszenie leniwym nurtem ściekom podobnej mieszaniny zawiści i knowań w odwiecznym korycie zastygłych rytuałów. Wybaczcie bracia tę żałosną poetykę, czymś jednak wiosłować musi łódź umysłu po bezkresnych nurtach pałacowej nudy!

Korzystając z przywilejów mej pozycji przesunąłem się ku Okienku Północnemu. Stopy uzbrojone w miękkie obuwie nie wydały przy tym krztyny dźwięku, a i ubiór był tak dobrany by szelestu nie czynić. Wąska szpara nie pozwalała objąć wzrokiem zbyt wielkiej części miasta, to com ujrzał pozwoliło jednakowoż rozeznać się w sytuacji. Pod murami Pałacu kłębiły się ciała, tryskała krew. Przeważające siły byle jak uzbrojonego, popychanego do czynu straszliwym i prawdziwym zdaje się gniewem motłochu, dziesiątkowały przypartych do ściany gwardzistów, młodych przeważnie poborowych z ostatniej wiosny. Wynik tej potyczki wydawał się przesądzony, aliści oko moje wyłuskało z odległej panoramy coś jeszcze. Uśmiechnąłem się bezgłośnie. Za rzeką, ale w odległości nie większej niż godzina żwawej jazdy, powiewały sztandary Papieskiej Hordy.  Ten dzień, mimo wszystko nie będzie aż tak różnić się od poprzednich. I następnych.

Jakby na potwierdzenie tej myśli, dzwony katedralne wybiły piątą. Ostatnie uderzenie mosiężnego serca wyrwało mnie z zadumy i w nagłym impulsie przymknąłem okiennicę, nie w porę zdając sobie sprawę z niestosowności tego gestu. Dźwięki walki na śmierć i życie zostały na zewnątrz, a w komnacie atmosfera stężała. Spod Ściany Południowej, zastygły w półkroku Diakon Podokienny chłostał mnie biczami nienawistnego spojrzenia. Nierozważnym swym odruchem odebrałem mu przywilej Okienka Północnego domknięcia, czyniąc sobie zeń śmiertelnego wroga. Cóż, jeden więcej nie czyni wielkiej różnicy, nie byłem jednak zadowolony z takiego obrotu sprawy, tym bardziej, że dostrzegłem niepokojące poruszenie w szeregach Różołaziebnych. A więc tak daleko sięgają twoje macki, bracie Albercie? Nie było jednak czasu na dłuższą kontemplację rozkładu sił w Pałacu, gdyż piąta jest porą Wieczerzy.

Wikariusz Generalny już gwizdał przesłodką melodię, ucha mego oblubienicę. Wrota w Ścianie Zachodniej rozwarły się niczym przeznaczenie. Nowicjusze o wygolonych głowach wtaczali już Wieżę Karmniczą na dobrze naoliwionych kołach. Na szczycie tego przemyślnego rusztowania stali w gotowości Taczkarze. Wieża podjechała do Gniazda, zatrzymując się dokładnie w miejscu wyznaczonym na podłodze czarnym krzyżem. Pomost już opuszczano, ostatni dźwięk, jaki opuścił usta Wikariusza wybudził Arcybiskupa z półsnu. Nie otwierając oczu, dostojnik wysunął dolną szczękę i rozchylił wargi w idealnej synchronizacji z porcją strawy z Pierwszej Taczki się zsuwającą.

Wypełniały mnie podziw i radość. W uniesieniu wykonywałem wyćwiczone ruchy, kierując wspaniałym aktem karmienia, niczym konduktor orkiestrą. Wielką przyjemnością było obserwowanie chyżości i zwinności z jaką moi ludzie poruszali się po chybotliwych deskach, nie wydając przy tym nawet nutki hałasu. Jadło zrzucane wprost w rozchylone usta znikało w przepastnym cielsku. Jeszcze tylko Taczka z Sosem, a potem już Deser (granita ze słodkimi bułeczkami) oraz beczułka przedniego Wina... wszelako przy Sosie doszło do wydarzenia nader przykrego.

Usta Arcybiskupa zamknęły się i zawiesista ciecz chlusnęła na bezwłose piersi i dalej na brzuszysko. Dostojnik wyrzęził coś, czego nie zrozumiałem, wykrzywiając przy tym boleśnie lica. Przez chwilę bliski byłem paniki na myśl, że ręka jakaś zdradliwa dosypała czegoś do pieczystego, zatruła gnocchi, dolała rycyny do zupy, by mnie pogrążyć sromotnie. Tymczasem, nieoceniony Wikariusz Generalny znowuż, jak w przypadku pamiętnych Nagłych Obstrukcji (którym nota bene zawdzięczałem swój błyskawiczny awans) pokazał klasę i przenikliwość godną proroka. Zagwizdał sekwencję, w której natychmiast prawie rozpoznałem wezwanie Zakonu Sanitarnego. Niewielkie drzwiczki w Ścianie Wschodniej przepuściły niskich braciszków, a ci, bez zbędnego hałasu podbiegli do lewej nogi Arcybiskupa.

W zgięciu kolana doszło zdaje się do odparzenia, co powodować musiało znaczny dyskomfort. Zmuszony byłem odwołać swój sąd o tym dniu, który jakoby miał nie różnić się od pozostałych. Był to jednak dzień cudów. I nie mówię jedynie o przychodzącej w samą porę odsieczy, ale przede wszystkim o tym, że po raz pierwszy i najprawdopodobniej ostatni zobaczyłem Je na własne oczy.

Doprawdy, coś być musiało, coś w istocie wysiadywane b y ł o, jednakowoż, z pokorą wyznać muszę, iż w Jego prawdziwość nie do końca wierzyłem. A teraz własne swe niedowiarstwo musztrować zmuszony byłem, kiedy po odgięciu bladej nogi (ach, jakąż siłą odznaczali się owi krępi mieszkańcy stepów) ujrzałem owalną wypukłość obejmowaną wszechpotężnymi pośladkami Arcybiskupa. Złoto błysnęło, posyłając na ściany i sufit komnaty całe chóry refleksów. Szczególnie czysty blask szedł z miejsca, gdzie łydka dostojnika stykała się z Nim, wkrótce jednak zniknął, gdy sprytni braciszkowie zaaplikowali kojącą maść na otarcie i nogę na miejsce dostawili.

Nie uszło mojej uwadze mściwe zadowolenie malujące się na twarzach Różołaziebnych, gdy przystąpili do swych obowiązków. Sos błyskawicznie znikał z ciała dostojnika, ja bynajmniej nie zamierzałem przyglądać się tym popisom. O powrocie do Karmienia mowy być już nie mogło, nadchodził bowiem czas Modlitwy. Czyli drzemki, wybaczcie złośliwość. Na twarz Arcybiskupa, po niedawnej erupcji uczuć powracał zwyczajowy wyraz śmiertelnego znużenia, przez chwilę przyglądałem mu się niemalże z czułością.

Opuszczałem komnatę jak niepyszny, acz wyprostowany niczym struna, kto się bowiem tu raz zegnie, z grobu już nie wstanie. Humor zrujnowany przymknięciem przeklętego Okienka i katastrofą podczas Karmienia postanowiłem niezwłocznie podreperować. Przemaszerowałem przez Zakrystie Umartwiania połączone z Kolegiatą Nocnego Czuwania, której Kanonicy trzepali już wielkie pierzyny. A cichy szept szedł za mną, niczym krew za ranną panterą. Niedoczekanie wasze, niedomodleni intryganci. Zajrzałem do Komandorii Głodu, zamieniłem słowo z przeorem i ustaliwszy szczegóły jutrzejszego menu, ruszyłem raźniej ku wyjściu. Uśmiech powracał na me oblicze, jutro wszak dzień Pański, a zatem przepiórki, za którymi Arcybiskup wprost przepadał.

Korytarze pałacu wyścielone były rannymi i umierającymi Gwardzistami. Na skrzydłach ostatnich tchnień tych chłopców sfrunąłem przez niepilnowaną już bramę w ulice skropione krwią i strachem. Wyrwałem z ręki jakiegoś wieśniaka o zmiażdżonej twarzy motykę i pognałem za tłuszczą przed rozbestwioną Hordą w zaułki czmychającą, by uczynkiem, wieloma wierzcie mi bracia uczynkami, głosić chwałę Pana naszego, amen.

Koci łeb

Wiedziałem, że to się tak skończy. Że cały ten pies i związane z nim obowiązki spadną na mnie. Dlatego od początku byłem przeciwny, ale J...