środa, 14 września 2016

DZWONECZEK


Był raz Król żylasty nad wyraz i szarawy jeśli idzie o skóry odcień. Córkę miał też chudą, ziemistą, a do tego nerwową co niemiara. Mieszkali w zamku ciasnym, na szczycie przeciętnej góry. Ani Król, ani Księżniczka zamku nigdy nie opuszczali, ciekawi jesteście dlaczego, to czytajcie dalej.
U podnóża pagóra była jama. W jamie Smok mieszkał, ot jak to smok, pulchny i rumiany, do tego wstydliwie muzykalny. Uwielbiał, gdy nikt nie patrzył, nucić sobie pod nosem. A nikt nie patrzył, niestety.
Pewnego słonecznego dnia wyszedł Smok z jamy, założył na głowę fikuśny kapelusik i podśpiewując ruszył pod górę. Słonko przypiekało, niebo błękitniało, tylko cisza wokół wydawała się nie do końca naturalna. Smok rozglądał się odruchowo, jakby czegoś szukając, bez większej nadziei jednak. Ile to już czasu minęło, odkąd mały zniknął?
Doczłapał do wrót zamczyska ciężkich i zapukał lekko. Cisza zrobiła się na chwilę gęstsza, potem zza grubego drewna zaskrzeczał starczy głos Króla:
– Kto tam?
– Sąsiad.
– Kłamiesz!
– Ależ skąd.
– Kłamiesz! Jesteś smokiem.
Smok spojrzał po sobie.
– Nie da się ukryć – odparł wesoło. – Jestem smokiem, ale też sąsiadem!
– Nie otworzymy ci! – zapiszczał cienko inny głosik, należący zapewne do Księżniczki.
– Ale ja chciałem tylko pożyczyć pół szklanki cukru. Do babeczek mi zabrakło...
– Kłamiesz! – Król zaskrzeczał głośniej.
– Chcesz nas zjeść! – wtórowała mu Księżniczka.
– Ja..? – Smok zdziwił się nie na żarty. – Zjeść... was..? Ale dlaczego?
– Bo jesteś smokiem! I smoki tak robią!
– Państwo wybaczą, nie wiem jak sprawa ma się z innymi smokami, ale ja osobiście nie jadam mięsa i to od niepamiętnych czasów. Zapewniam więc, że nic wam z mojej strony nie grozi!
W lewym skrzydle bramy pojawił się otwór niewielki. W nim oko żółtawe z tęczówką niczym zwiędły liść po zatęchłym bajorku dryfującą.
– A te babeczki? – dopytywał Król zezując na Smoka.
– Zapewne dziewice! – w prawych wrotach pojawił się mniejszy otworek, zbrojny w oko zaczerwienione, rozgorączkowane.
– Drodzy państwo – Smok pokręcił głową. – To jakieś nieporozumienie! Przecież babeczki to zwykłe wypieki, fakt, że może trochę częściej mam na nie ochotę ostatnio...
– A co w takim razie jesz, jak nie jesz mięsa? – Księżniczka przerwała Smokowi niegrzecznie.
– Ach, koniczynę! Uwielbiam po prostu! I mlecz, to na śniadanie. Słoneczniki, w całości. I oczywiście marchewkę bo wzmacnia kości. Nie, przepraszam, oczy...
Gałki mieszkańców zamku czmychnęły z otworów.
– Widziałeś tato, – skarżyła się Księżniczka – chciał nam wydłubać oczy!
– Mówiłem ci dziecko, tym bestiom nie wolno ufać!
– Ależ ja stwierdziłem tylko, że na oczy dobrze jest zjeść marchewkę! Panu, panie Królu na pewno by się trochę warzyw przydało...
– Nie mamy tu warzyw! – krzyknął Król na to.
– To prawda, – potwierdziła Księżniczka – nic tu nie rośnie...
– To czym się odżywiacie, mili państwo? – zainteresował się Smok.
– A... nie ma o czym gadać – Król wykręcał się od odpowiedzi.
Córka jego, spragniona widocznie rozmowy, rozgadała się nieprzyzwoicie:
– A wszystko jemy! Co się rusza w sensie, ptaki, jaszczurki, raz się udało kozicę.. Kruki i wrony, jedną łasicę. Ostatnio nawet szczury... Aj, to miałam nie mówić...
Król załkał cicho.
– Teraz i szczurów już zaczyna brakować, a karaluchy mnie nie smakują, gorzkawe są z deka – wyjaśnił.
Smok podrapał się za uchem.
– A to stąd tu taka cisza... Ale dlaczego nie wyjdziecie z zamku i nie pójdziecie do sklepu po jakieś normalne jedzenie?
– Jak to!? Wyjść z zamku? – oburzył się Król.
– Żeby nas smok zjadł?! – popiskiwała Księżniczka
– Hola, hola! Wyjaśniliśmy już chyba sobie, że ja mięsa, a co za tym idzie, ludzi nie jadam. Możecie spokojnie wyjść, włos wam z głowy nie spadnie!
W lewym skrzydle ponownie oko żółtawe łypnęło.
– Jakoś ci nie wierzę, gadzino!
Po prawej pojawiło się oko przekrwione, jeszcze bardziej rozgorączkowane.
– Ależ tato! Może wyjdziemy jednak? Moglibyśmy znowu krokodyla upolować!
– Eh, krokodyla – w oku Króla łza się zakręciła, zaraz jednak zmętniała. – To by dopiero było...
– Ależ krokodyle, o ile mi wiadomo, nie żyją w tej okolicy – stwierdził Smok rzeczowo.
– Jak to nie?! – wrzasnęła Księżniczka. – Przecież jednego zjedliśmy!
– O tak! – Królowi aż ślinka pociekła. – Na tydzień chyba starczyło!
– Krokodyl... – ze Smoka jakby uszło powietrze. – A czy ten... krokodyl nie miał przypadkiem u szyi dzwoneczka?
– A jakże! – śmiała się Księżniczka. – To moja ulubiona zabawka teraz!
– A na głowie czapeczkę wełnianą, w kolorach jesieni?
– No miał, teraz to pułapka na jaskółki... I szalik, ale brzydki, za sznur do prania służy... Tato, tato! Weź strzelbę i pójdźmy! Tam jest na pewno pełno krokodyli! Głupie muszą być, bo ten jeden, to sam przecie wlazł w sidła!
– No, nie wiem córko... – Król nie krył obaw, ale począł rygle zdejmować.
A Smok z każdym szczęknięciem otwieranych zamków zapadał się w sobie coraz bardziej. I gdy już tylko jeden skobelek do zdjęcia Królowi pozostał, stwierdził:
– Wiecie co, namyśliłem się. Kończę z dietą warzywną.
– Co on mówi, tato? – Księżniczka nie nadążała odrobinę.
– Mówi, moja córko, że nas zje, gdy wrota roztworzym! – wyjaśnił Król głosem zduszonym mielonką strachu i oburzenia. – Mówiłem ci, że tym gadom ufać nie wolno!
– Hej, smoku! – Księżniczka nie dawała za wygraną. – Zjesz nas jednak?
– O! Nie tylko zjem! Brzuchy wam rozpruję i wnętrzności wywlokę, byście konając patrzyli na te kiszki przeklęte. Potem dopiero oczy wyłupię i kości połamię, a z każdej szpik wyssam do kropli ostatniej. A głowy wasze...
– Dość! Dziecko mi straszysz! – zakrzyknął Król. – Nigdzie nie wyjdziemy, więc tylko pomarzyć możesz!
– Tak, ma pan rację, pomarzyć tylko mogę... – stwierdził Smok i do drogi zaczął się zbierać.
– A ja też mam marzenia! – jęczała Księżniczka. – Ja to bym chciała ze strzelbą, wśród szuwarów na krokodyla się zasadzić. Łatwo je znaleźć, bo tak śmiesznie śpiewają...
– Śpiewają? – Smok podniósł zdruzgotane oczy.
– No tak nucą, trochę pod nosem.
Zanucił wówczas Smok pięknie, aż się ludzie popłakali do cna.
– A więc to ty...
– Smok, a tak śpiewa..?
Król i Księżniczka nie kryli wzruszenia.
– Tak, to ja. Tak właśnie śpiewam szepnął Smok i uderzył łapą we wrota zamku, ślady pazurów na zawsze w nich zostawiając.
I w dół ruszył, a cienie po skałach kładły się żałobnie.
Do jamy dotarł, walizkę wyciągnął. Spakował te parę drobiazgów, przysiadł przed podróżą przy patefonie zakurzonym. Był to prezent od byłego męża jeszcze. Z czystą płytą, na której można było dźwięk zapisać. Smok nigdy nie odważył się głosu swego utrwalić, ale tym razem uruchomił urządzenie. Nucił, na miękkiej powierzchni śpiew swój zostawiając. Potem skierował tubę ku górze, by zamkowi dobrze słyszeli.
Jamę swą opuścił, korbkę patefonu porządnie przedtem nakręcając, by się przez sto, dwieście, albo i tysiąc lat kręciła.



Z WIZYTĄ W CENTRUM ONKOLOGII

Drzwi windy zamknęły się za mną bezszelestnie. No, tak, przecież to nowiuteńki, do tego bardzo nowoczesny budynek, ledwie parę miesięcy ...