piątek, 24 czerwca 2016

Ludzie gwoździe


Krajobraz był zdrowo walnięty. Po nieba podłodze walały się zakrwawione chmur bandaże. Rzeki zwisały bezradnie, zrastając się z łąkami. Przednie wioski wybite i już nie odrosną. Lasy w strzępach jak koronkowe gacie. Wzeszła opuchlizna.
A wielki Rycerz jechał sobie na koniu wielkim jak dwunastopiętrowa kamienica. Jego pióropusz niczym dymy z kominów. Jego przyłbica niczym barka z węglem. Jego napierśnik niczym dachy jak okiem sięgnąć. Jego ostrogi niczym młyny diabelskie. Sztandar jego niczym parki rdzewiejące w jesieni. A kopia jego niczym.
Wtem do ucha Rycerza doleciał głos z bardzo niska:
 – Błagam panie, zatrzymaj się, zatrzymaj się proszę!
Jeździec ściągnął cugle niczym mostów łańcuchy. Koń przystanął, ściekami parskając. Rozejrzał się Rycerz, ale żywej duszy nie zobaczył, martwe zaś na plecach jego siedziały i jak wiadomo głosu nie miały. Ukłuł więc Rycerz rumaka swego w przedmieścia wychudzone. Rumak bezrobocia stopę uniósł, a wtedy wyraźniej można było usłyszeć:
  – ZATRZYMAJ SIĘ PANIE! Ile wołać można?
Rycerz ponownie konia zastopował. Koń się zdziwił. I Rycerz się dziwił:
 – Kto mnie woła? Wołami?
 – To my! Gwoździe! – odpowiedział głos.
 – Gwoździe? Gdzie?
 – W kopycie! Przecie...
Rycerz z konia zsiadł, z jękiem syren, z szelestem liści. Konia stopę podniósł, z uwagą się jej przyjrzał. W podkowiaków otworach sześć zadartych, umorusanych niemiłosiernie twarzy tkwiło, w tym jedna trochę zzieleniała.
 – Co wy tu..? Tubylcy..? – zapytał.
 – Ja akurat miastowy, reszta to nie wiem, ale chyba nie stąd – odezwała się jedna z twarzy, reszta wybałuszała gały, włącznie z zielonkawą.
 – W kopycie? Co robicie?
 – Pracujemy, panie. Na czarno co prawda, ale uczciwie, że tak powiem...
 – A gwoździe? Gdzie? – do Rycerza nadal niewiele docierało.
 – No... To my! Stal droga, pracy nie ma. A rok w kopycie, to... Wyżyć da się i rodzinie coś wysłać...
 – Szok... Oszukany... – zakrztusił się Rycerz oburzeniem.
  Wiem, sytuacja jest niezręczna. Ale nie miałem wyjścia. Co prawda reszta mi nie kazała wołać pana, ale ten skrajny umarł. Tydzień temu. I sam pan rozumie...
 – Trup? Ukatrupię!
 – Nie ma co się denerwować. Takie czasy. Każdy chce jakoś wyżyć. Trzeba by go tylko wyjąć i... nie wiem... zakopać..? Szkoda człowieka, pogodny był...
Rycerz w milczeniu chwycił za włosy twarz zielonkawą i sztywne ciało z kopyta wyciągnął. Przyjrzał się martwemu w milczeniu. W milczeniu odwrócił się i odszedł kawałek w pole. Na kolana padł i płakał. A martwe dusze na plecach mu siedziały jak trąby powietrzne.
Tymczasem pod kopytem do małej kłótni doszło:
 – Mówiłem ci durny, nie wołaj!
 – Co nie wołaj, baranie! Sam co chwilę pawia puszczasz i nie wołaj!
 – Bo najbliżej siedzę, ale jakoś byśmy doszli. Obsechłby ani byśmy się obejrzeli!
 – Sam byś obsechł...
 – Cichajta! Wraca!
Wrócił Rycerz do konia i stopę jego uniósł. Spoglądały nań twarze brudne, cztery ze strachem, jedna z ciekawością. Wstrząsnął Rycerzem dreszcz jeszcze jeden i łza pojedyncza na twarze spadła, topiąc je prawie.
 – Wyjdźcie. Idźcie – rzekł Rycerz.
 Jak to!? Dokąd!?
 Zlituj się panie!
 A nie mówiłem!?
Pokrzykiwały twarze, krztusząc się miłosierdzia zupą. Rycerz był jednak nieubłagany.
 Jesteście wolni. Powoli... – twarze za włosy powyjmował i na dłoni sobie postawił. Ta gadatliwa próbowała jeszcze do rozsądku Rycerzowi przemówić:
 Ależ panie! Po co tak pochopnie decyzje podejmować? Dojedźmy do kuźni najbliższej. Tam braki uzupełnimy. Jeszcze nam miesiąc do końca kontraktu został. Miej zrozumienie!
 Zrozumienie? Nie! – postawił Rycerz sprawę jasno. Myśl nagła serce jego rozdarte przeszyła:
 A reszta kopyt? Pytam!
 Reszta normalnie, jeszcze sporo miejsc pracy czeka... Błagam cię panie, pozwól nam wrócić do kopyta! Dobrze ci służyliśmy, swoje zarabialiśmy, wszyscy byli zadowoleni, normalnie!
 Normalnie? A moralnie? – postawił Rycerz sprawę najjaśniej. Najodważniejsza twarz poczerwieniała z wściekłości:
 – Na jakim ty świecie żyjesz, panie!? Nie wiesz co jest grane!? To się rozejrzyj! Oczy przetrzyj! Przecież nawet dzieci pracują!
 Dzieci? Gdzie!?
 – No u bogatych ludzi, taka moda jakby. Na kucyki. Na komunię czy urodziny. Ja nie mówię, że wszystko to jest w porządku, że tak być powinno, ale sytuacja jest taka, a nie inna i trzeba się jakoś dostosować. Czy to grzech dbać o siebie, o najbliższych..?
Ale Rycerz nie słuchał. Postawił ludziki na siodła rynku płycie.
 Koń jest wasz. Waszmoście – oznajmił i w siną dal ruszył.
Jeszcze tylko strzępy kłótni do uszu jego dobiegły:
 No i na coś się wychylał durny!?
 Co my z koniem teraz zrobimy?
 Nie wiem. Może sprzedamy?
 Już widzę jak nam giry nad stołkiem dyndają, jak my konia sprzedać spróbujemy!
 To może spróbujemy się jeździć na nim nauczyć?
 I gdzie pojedziemy niby?
 Naprawdę nie wiem... Ale... wiecie co jest najgorsze? Że ktoś musi do kopyta wrócić, bo inaczej to nigdzie nie pojedziemy...
Szedł Rycerz przez pola zasępiony, a czarne myśli wokół głowy mu krążyły. Co ręką machnął, to odlatywały. Na chwilę. Westchnął Rycerz ciężko, splunął lekko i postanowił, że tak dalej być nie może.
Tymczasem dalej bogaczy dzieci na kucach cwałowały. Chłopiec w mundurku i dziewczynka w kokardach, po włościach sobie dworowały. Zasadził się Rycerz w parku i na stosowną chwilę przy oczku wodnym wyczekiwał.
Zajechały kuce bogaczy dzieci napoić. Kuce wodę chłeptały, a oczko na nie badawczo spozierało. Nagle grabów graby bogaczy dzieci chwyciły. Buzie się do wrzasku otwierały, ale już ptaszki gniazda w nich uwiły. Ręce splecione jak do modlitwy. Oczy jak sęki wytrzeszczone.
Spomiędzy drzew nasz Rycerz wyszedł. Kuce na plecy przewrócił. Z kopyt dzieciaki wyciągnął, po pięć z każdego. Na plecach swoich pod martwymi duszami pochował.
Ciekawe, co z nich wyrośnie?

Z WIZYTĄ W CENTRUM ONKOLOGII

Drzwi windy zamknęły się za mną bezszelestnie. No, tak, przecież to nowiuteńki, do tego bardzo nowoczesny budynek, ledwie parę miesięcy ...