sobota, 4 czerwca 2016

CHOWANEGO



Dziewczynka ostrożnie weszła między ubrania i przykucnęła w kącie szafy. Drzwi zostawiła lekko uchylone, by przez szparę obserwować salon. Synowie gospodarza właśnie kończyli głośne liczenie (nie obyło się bez potknięć) i ruszyli na poszukiwania. Była przekonana, że jej nie znajdą, baranie głowy. Nie przepadała za nimi, nie przepadała za tym domem, do którego zaciągał ją ojciec. A najbardziej nie cierpiała powtarzanych za każdym razem tłumaczeń, że to ważne, że trzeba utrzymywać dobre relacje z tymi ludźmi, nie żyjemy w próżni, ahuwi.
W polu widzenia pojawili się chłopcy. W niedzielnych ubraniach i przylizanych włosach wyglądali jakoś tak śmiesznie poważnie. Starszy ze złym błyskiem w oku sprawdzał pod stołem, młodszy trzymał się lękliwie brata. Wstrętne polaczki. Z ogrodu dobiegał gwar rozmów dorosłych, tubalny śmiech pana domu, wysoki jej ojca. I nieprawdziwy, słyszała to wyraźnie. W jej oczach pojawiły się łzy, ale zaraz wyschły. Rozejrzała się po swojej kryjówce. Wyobraziła sobie, jakby to mogło być, gdyby zamieszkała w takiej szafie. Przychodziły jej do głowy różne, szalone pomysły.
W domu i w ogrodzie rozległy się nawoływania, już nie tylko chłopcy jej szukali. Nie miała jednak ochoty wychodzić z tej trochę strasznej, a jednak przytulnej skrytki. Smuga światła powoli wędrowała po nieruchomych płaszczach i futrach.
Ostatni dzień wakacji powoli dogasał.

Z WIZYTĄ W CENTRUM ONKOLOGII

Drzwi windy zamknęły się za mną bezszelestnie. No, tak, przecież to nowiuteńki, do tego bardzo nowoczesny budynek, ledwie parę miesięcy ...