wtorek, 31 maja 2016

Baraki w uzębieniu


Do Grdykakomando brali przeważnie niskie numery. Chodziło o doświadczenie, no i nie czarujmy się, jak ktoś przetrwał w obozie tak długo, to musiał mieć fach w ręku. Nie było tam bicia, ani tego nieludzkiego pośpiechu – wszystko odbywało się z największą delikatnością. Taki układ: wy będziecie szalenie ostrożni, my was będziemy traktować lepiej i jeszcze zwiększymy racje żywnościowe. 
Ach, grdykowcy, obozowa arystokracja! Wypasione byczki w mocnych butach i ciepłych kurtach. Królowie życia. I żyli, jak tylko się dało. Mocno, choć bywało, że krótko. Bo była druga strona medalu. Grdyka potrafiła, ni z tego, ni z owego przesunąć się. Wystarczał nieznaczny nawet ruch: niejeden wtedy odpadał. Ale, jak to mówią, kto nie ryzykuje, ten nie je. 
Ja ryzykowałem niewiele, jeśli wiecie co mam na myśli. Szybko opadałem z sił i nadziei. Któregoś mroźnego poranka popędziłem resztki żywota mego do latryny. I wtedy zdarzył się cud! Z oczami rozciętymi pierwszym brzaskiem kiwałem się przy rynnie, uwalniając żywo parującą strugę, kiedy obok mnie stanął jeden z tych obozowych baronów. Jeszcze opuchnięty od pijackiego snu, jeszcze cuchnący potem chuci, ledwie oderwany od zmiętej pościeli (dobrze słyszeliście, pościeli!). 
Wywalił swojego gnata i westchnął ciężko. Tak, skurwysynu, pomyślałem, ty to masz ciężkie życie. Natychmiast skarciłem się za te niechrześcijańskie myśli i skupiłem na własnym interesie. Coś mnie jednak tknęło. Czegoś tu brakowało... No tak! Nie słyszałem dzwonienia królewskiej szczyny o blachę. Rzuciłem okiem za niskie przepierzenie. Chwała Tobie Panie! Ten ptaszek nam tu raczej nie zaśpiewa! Z opuchniętego organu ledwo wypełzła gęstawa, krwawa kropla. No, bratku, tu cię mam!
Od tego momentu sprawy potoczyły się błyskawicznie. Jakiś kwadrans później raźno maszerowałem w szeregach grdykowców. Arystokraci mogli pozwolić sobie na wiele, ale obozowy regulamin jasno wypowiadał się w kwestii chorób, zwłaszcza wenerycznych. Jasno i zdecydowanie. 
W komandzie nikt mnie o nic nie pytał. Mężczyźni o zaciętych twarzach zajmowali się swoimi sprawami. Niektórzy mamrotali pod nosem modlitwy, większość po prostu patrzyła przed siebie. Kapo dał sygnał i ruszyliśmy. Serce waliło mi jak młot. Wspięliśmy się po błotnistym wzniesieniu dziąsła, przecięliśmy wyschnięte wargi i oto wpadliśmy prosto w śnieżącą się jak okiem sięgnąć tajgę. Pierwsze włosy padały już w oślepiającą biel pod ciosami ostrzy. Przez okolicę przetoczył się jęk zbiorowego wysiłku.
Zapiąłem kurtkę pod szyją, chwyciłem mocniej trzonek i ruszyłem wraz z innymi ku spienionej przyszłości.




Z WIZYTĄ W CENTRUM ONKOLOGII

Drzwi windy zamknęły się za mną bezszelestnie. No, tak, przecież to nowiuteńki, do tego bardzo nowoczesny budynek, ledwie parę miesięcy ...