poniedziałek, 15 lutego 2016

Kałuża



Była raz Kałuża. Nie za duża, nie za mała, ot taka sobie. Leżała beztrosko przy drodze i nikomu nie wadziła. Aż tu nagle padł na nią Promień Słońca.
 – Dzień dobry! Promień Słońca jestem, właśnie na ciebie padam. Twoja egzystencja ulegnie gruntownej przemianie, jak mniemam.
Kałuża zamarła, przerażona.
 – Ależ... jak to? Dlaczego!? – zdołała wykrztusić.  
 – Bez nerwów, prędzej czy później wszystko się wyjaśni! – odparł Promień z typową dla siebie prostotą.
 – Ale ja nie rozumiem! – oburzała się Kałuża. – Nikomu przecież nie przeszkadzam...
 – Nie mi rozstrzygać... Wiesz, przysłano mnie z góry – mrugnął porozumiewawczo Promień.
Kałuża nie chwyciła dowcipu.
 – Protestuję! Proszę na mnie nie padać! To może się skończyć moim kompletnym wysuszeniem, a wtedy... wtedy przestanę być sobą... – załkała.
 – Właśnie, właśnie! – zapalił się Promień. – Mogę chyba rzucić trochę światła na całą sprawę. Bo jak już... stanie się, co ma się stać, to nie myśl sobie, że będziesz tylko wysuszonym kawałkiem gleby.
 – Nie..? A niby czym będę?
 – No, dla niewprawnego oka, będziesz, co prawda spękanym spłachciem ziemi, ale tak naprawdę to będziesz... wierszem.    
 – Wierszem?
 – Białym!
 – Domyślam się... ale co będzie w tym wierszu?
Promień wyprostował się jeszcze bardziej:
„Nie ma to
jak być kałużą
przydrożną
nieba
pełną”
 – wyrecytował, ale nikt go już nie słuchał.


Koci łeb

Wiedziałem, że to się tak skończy. Że cały ten pies i związane z nim obowiązki spadną na mnie. Dlatego od początku byłem przeciwny, ale J...