poniedziałek, 4 stycznia 2016

LEW I MARCHEWKA



Któregoś dnia Lew stwierdził, że nie ma więcej ochoty na krwawą kuchnię.

 – Ciągle tylko mięso i mięso. Dość tego. Czas pomyśleć o jakiejś odmianie.

Zakradł się do ogrodu i podpełzł do wypielęgnowanych grządek. Upatrzył sobie Marchewkę. Delikatnie chwycił za bujną nać.

 – Chcesz mnie zjeść, Lwie? – zapytała Marchewka otwierając zaczerwienione oczy.

 – Naturalnie! – odparł Lew. – Chociaż... może... nie do końca naturalnie... To znaczy... w pewnym sensie naturalnie... no, wiesz o co mi chodzi..?

 – Skąd mam wiedzieć? Przecież ja jeszcze prawie nic nie przeżyłam! 
Lew zamyślił się na sekundę, przez co wyglądał bardzo zabawnie, tak zabawnie, jak, powiedzmy, uśmiechający się ciepło tasak.  

 – A co chciałabyś przeżyć, moja droga? –zapytał.

 – Chciałabym... chciałabym zrobić karierę jako modelka. A także skonstruować most kolejowy.

Lew podrapał się po grzywie, tasak uśmiechnął się szeroko.

 – Modelka, most... Da się zrobić!

 – Taak? Naprawdę?

 – Oczywiście! Musimy tylko użyć wybiegu!

I wysłał Lew Marchewkę do Rzymu, Paryża, Nowego Jorku. Za dnia Marchewka pracowała dla największych dyktatorów, a nocami studiowała budownictwo. I kiedy obroniła dyplom (z wyróżnieniem!), wróciła do rodzimego kraju. Wtedy dopiero zaczęły się schody. Nikt nie chciał zlecić budowy mostu kolejowego lasce z okładek magazynów dla kobiet. I na to Lew znalazł radę. Pożarł wszystkich inżynierów, majstrów i spawaczy. Oraz ich dzieci, na wszelki wypadek.


Koci łeb

Wiedziałem, że to się tak skończy. Że cały ten pies i związane z nim obowiązki spadną na mnie. Dlatego od początku byłem przeciwny, ale J...