piątek, 22 stycznia 2016

JAJO


Na skraju wsi stało dwóch mężczyzn. Młodszy trzymał ręce w kieszeniach i był złodziejem. Starszy dzierżył drewniane widły i warknął:

 – Idź precz i nie wracaj!

Młodzieniec wysunął do przodu głowę i patrzył wyzywająco na zagniewanego mężczyznę. Ten, nie bez satysfakcji dodał:

 – Nawet matka cię wyklęła, gnojku.

Złodziej skierował wzrok na ciche zabudowania. Zdawało mu się, że między domami ktoś przemknął.

Po minucie, może dwóch, a może nawet i trzech chłopak ruszył w jesienne pola. Łzy zostawiły na jego umorusanych policzkach płytkie bruzdy. Postanowił nie zatrzymywać się już więcej.

Po kwadransie, może dwóch, a może nawet i trzech zobaczył ptaszysko. Czarne i wielkie jak noc. Wszedł na ptasi pazur.

Po godzinie, może dwóch, a może nawet i trzech dotarł do ptasiej nogi. Rozpoczął wspinaczkę.

Po dniu, może dwóch, a może nawet i trzech dotarł do ptasiego brzucha. Zniknął w piór czarnym lesie.

Po tygodniu, może dwóch, a może nawet i trzech dotarł do ptasiego ogona. I wszedł do ptasiego tyłka.

Po miesiącu, może dwóch, a może nawet i trzech dotarł do miejsca, w którym tkwiło jajo. Przejechał palcami po miękkawej skorupce i poszedł dalej.

Po roku, może dwóch, a może nawet i trzech dotarł do ptasiej głowy. Wyjrzał przez ptasie oko. Ktoś zajrzał przez drugie oko.

 – Znowu świrujesz, gnojku? – rozległ się głos klawisza.

Złodziej nic nie odpowiedział, rozpostarł skrzydła i poleciał nad jesiennymi polami.

Z WIZYTĄ W CENTRUM ONKOLOGII

Drzwi windy zamknęły się za mną bezszelestnie. No, tak, przecież to nowiuteńki, do tego bardzo nowoczesny budynek, ledwie parę miesięcy ...