środa, 25 listopada 2015

ZYGZAK


Policjant Mieczysław przeczesywał swój rewir niczym jednozębny grzebień. Sunął niespiesznie przez dzielnicę z rękoma założonymi za plecami w samodzielnie wyprasowanym mundurze i rozdawał przechodniom urocze uśmiechy. Nie było tajemnicą, że ze wszystkimi chciał utrzymywać dobre stosunki. Dlatego, kiedy na rogu Kossaka i Matejki napotkał kręcącego się przy bankomacie Romana Złodzieja, funkcjonariusz zatrzymał się i pozdrowił nerwowego człowieczka. Ten zamarł speszony, szczególnie, że policjant także się zatrzymał. Cisza zrobiła się niezręczna.
 – Ma pan ognia? – wydusił wreszcie z siebie drobny przestępca.
Policjant Mieczysław poklepał się po kieszeniach spodni, bluzy munduru i znowu spodni.
 – Niezmiernie mi przykro, Romanie Złodzieju, ale nie mam! – powiedział, ze szczerym żalem w głosie.
 – A, rozumiem, nie szkodzi, może innym razem... – wydukał zarośnięty złodziejaszek, unikając boleśnie błękitnego spojrzenia policjanta
 – Ależ to żaden problem! Zaraz załatwię ognia!
 – Nie, nie trzeba! I tak nie mam papierosów... – brnął w fałszywe zeznania pospolity opryszek.
 – Och! To też żaden problem! – dzielnicowy roku już rozglądał się wokół.
 – Ale... naprawdę nie trzeba... ja nawet nie palę... w sumie... – wyjaśnienia recydywisty były coraz mętniejsze.
 – Nie przejmuj się! I to da się załatwić! Poczekaj tu chwilę! – zachłysnął się swym entuzjazmem policjant Mieczysław i ruszył raźno w kierunku otwartego już o tej porze dyskontu.
Oklejone okazjami drzwi rozsunęły się posłusznie i młody stróż prawa wniknął w strukturę handlu detalicznego. To, co ujrzał sprawiło, że zbladł. Z pięciu kas, czynna była jedna, a wijąca się do niej kolejka zakręcała aż do nabiału. Ale przecież był na służbie! Zwrócił się więc do tłumu:
 – Szanowne panie! I pan, panie Kaziu. Mam sprawę służbową, niecierpiącą zwłoki. Będę wdzięczny za przepuszczenie mnie!
Przemowa ta nie zrobiła na uzbrojonych w wózki ludziach żadnego wrażenia. Nikt nawet nie spojrzał na mundurowego. Ten chwycił się brzytwy.
– Potrzebuję tylko papierosy i zapalniczkę...
Kolejka ożyła, zafalowała i zagrzmiała głosami, chociaż doprawdy, trudno było stwierdzić, skąd dokładnie dobiegały:
– Patrzcie go! Lepszy się znalazł!
– Słyszała pani?! To już się w głowie nie mieści!
– Oni nas mają za nic! Mówię pani!
– Papierosków mu się zachciewa... może jeszcze czegoś mocniejszego?
– Ja się dorzucę..!
– A paszoł won!
– Do kolejki niech stanie, jak każdy!
– Jeszcze czego! Po moim trupie!
        Policjant westchnął ciężko i skierował się ku obrotowej bramce. Nie dotarł tam jednak. Zatrzymał go i zawrócił głos potężny, bezsprzecznie kategoryczny, należący do zacięcie milczącej dotychczas kasjerki, pani Marzeny.
 – Na sklep z wózkiem się wchodzi!
Funkcjonariusz podszedł do spiętych łańcuszkami wózków, rzucając przy okazji okiem na ulicę. Odetchnął z ulgą. Roman Złodziej stał przy krawężniku, wgapiając się w sklep z rozdziawionymi ustami. I tutaj szczęście znowu opuściło pracownika wymiaru sprawiedliwości. W portfelu znalazł monety jednozłotowe, trochę pięćdziesięciogroszówek, nawet jedną piątkę, ale wymaganej dwójki ani śladu. Zawrócił więc do kasy, by rozmienić pieniądze.
Musiał poczekać, aż pani Marzena skasuje klientkę, dopiero wtedy mogła otworzyć kasę. Zaopatrzony w odpowiednią monetę policjant, bez większych już problemów uzyskał dostęp do wózka i wjechał na sklep, kierując się na koniec kolejki. Doszedł do wniosku, że to może i lepiej, jeśli swoje odczeka. Zwiększy się zaufanie społeczeństwa do policji. Nie mówiąc już o szacunku! Wydawało się, także, że szczęście znowu do niego wróciło. Z zaplecza wyłoniła się druga kasjerka, chyba jakaś nowa i otworzyła kasę numer 5. 
 Ku osłupieniu mundurowego do uruchomionej kasy w mgnieniu oka uformowała się kolejka, odrobinę nawet dłuższa, od poprzedniej. Nie miał pojęcia, skąd ci ludzie się wzięli. Nie było jednak czasu, by tę zagadkę rozwiązać. Miał wszak zadanie do wykonania. Został w starej kolejce. I to był błąd, bo ta przemieszczała się powoli, a właściwie wcale. Na początku zrobił się zator, pan Kaziu płacił drobniakami, które co i rusz spadały z roztrzęsionej dłoni emeryta. Zmiana kolejki nic nie dała, gdyż okazało się, że pani w beżowym berecie trzymała miejsce dla swojej znajomej. Która bezpardonowo wjechała wózkiem przed stróża prawa, potrącając go przy tym boleśnie w kolano.
Tego było już za wiele! Ambitny funkcjonariusz wyjął z kabury pistolet, oddał dwa strzały ostrzegawcze w powietrze, a następnie zaczął metodycznie pakować kulki w stojące w kolejce babsztyle. Okutane płaszczami ciała osuwały się w kałuże krwi, niczym pingwiny w mroźny ocean. Na strzelnicy, Mieczysław uzyskiwał zazwyczaj bardziej niż zadowalające wyniki, ze sklepowym tłumem poradził sobie więc błyskawicznie, kasjerkę Marzenę dobijając strzałem w głowę. 
W sklepie zapadła cisza, jak makiem zasiał. Policjant stał naprzeciw regału z gumami do żucia i nie wiedział, kim jest i co się właściwie stało. Na szczęście stróżki dymu unoszące się z ran wylotowych w leżących pokotem ciałach, wszystko mu uzmysłowiły. Sięgnął przez taśmę kasy po papierosy, rozwarł dłoń kasjerki Marzeny, wcisnął w nią odliczoną należność i skierował się ku wyjściu.
Romana Złodzieja nigdzie nie było.
Mieczysław obciągnął bluzę munduru, poprawił pas, sprawdził kaburę i ruszył niczym huragan w kierunku ulicy Portowej, gdzie doliniarz był zameldowany. Drzwi otworzyła matka złodzieja, zasuszona starowinka z lekkim zezem, ściskająca w szponiastej dłoni magazyn szaradziarski.
 – Romana nie ma – kłamała jak z nut. – Wyjechał do Anglii. Chociaż nie wart był nawet funta kłaków.
Zaśmiała się, zakaszlała i zatrzasnęła drzwi przed nosem policjanta.
Mieczysław opadł na koślawiącą się przed ruderą ławeczkę. Sięgnął do kieszeni na piersi po papierosy. Odwinął folię ochronną, otworzył pudełko, wyrwał sreberko. Zmiął odpady w ręku z zamiarem wrzucenia ich pod ławkę, ale w porę się zreflektował. Wcisnął śmieci do kieszeni spodni. I wtedy dotarło do niego, że zapomniał o zapalniczce. Nie miał ognia! Uniósł głowę, jego spojrzenie powędrowało w głąb wyrysowanego dachami domów zygzaka nieba.
Mój Boże, jak tu żyć, w tym chorym społeczeństwie?



Z WIZYTĄ W CENTRUM ONKOLOGII

Drzwi windy zamknęły się za mną bezszelestnie. No, tak, przecież to nowiuteńki, do tego bardzo nowoczesny budynek, ledwie parę miesięcy ...