piątek, 23 października 2015

Paniera



Szczerze mówiąc, a inaczej bym nie śmiał, sądziłem, że nic mnie już w mojej policyjnej karierze nie spotka. Bo właściwie jak, skoro dane mi jest, być ostatnim żyjącym policjantem w Św. Polsce?
Nie da się ukryć, jestem reliktem minionych czasów, pamiątką i żywym pomnikiem, mimo że nie znoszę kwiatów. Ale prędzej, czy później trzeba będzie je znieść.
Nie ma rady.


Dlatego, kiedy zadzwonił do mnie Starszy Wikariusz Dzielnicowy byłem bardzo zaskoczony. Za bardzo. Rutyna nie zadziałała, zdaje się, że na długo przede mną odeszła na emeryturę. W słuchawce szczekał głos przełożonego, a mi szczęka obwisła jak niedbale rzucona na krzesło skarpetka. Jedyne, co byłem w stanie z siebie wydusić to:
 – Aaa..?
 – Aha...
 – Yhy..!
Natomiast wypowiedzi Wikariusza jak zwykle ociekały zwięzłością:
 – Coś złego dzieje się w Centrum.
 – Sprawa jest delikatna.
 – Sprawdźcie to dyskretnie. Dacie radę?
Damy?

*

Założyłem okulary i spojrzałem na zegar. Wskazówki wciągnęły brzuchy i zasalutowały piątą. Mój, za przeproszeniem Boże, dlaczego oni muszą dzwonić o takich wściekłych porach? A może pora była właściwa? Wszak to środek godziny, nomen omen policyjnej.
W pokoju szarzało. Przejechałem wzrokiem po ścianie, na której wisiała cała moja kariera. Szkoła policyjna, z wyróżnieniem. Krawężnik, obyczajówka, starszy aspirant. Psychologia zaocznie. Aspirant sztabowy, podkomisarz, Rok Egzekucji. Kropka. Ale nie narzekam. Nie tylko moja kariera wtedy dobiegła końca. I nie mówię tu o niektórych kolegach z wydziału. Ale o każdym, kto miał coś na sumieniu.
Nawet niewielkie coś.

*

         Wskoczyłem pod błyskawiczny, bo lodowaty prysznic. Potem śniadanie, tradycyjnie już kawałek chleba i ser. Bez kawy, i tak mi szkodzi. Uchyliłem okno, wpuszczając trochę cieplejszego powietrza i ptasich jęków. Przynajmniej wiosny mieliśmy pod dostatkiem. Jak to mówią, mówili, ci, którzy pozwalali sobie na poczucie humoru: z samowystarczalności najbardziej wyszło nam samo.
         Poczekałem do siódmej, aż włączą prąd. Uruchomiłem radio, przeleciałem pieśni, godzinki, adoracje i z tą moją nieuleczalną, starokawalerską zajadłością szukałem wiadomości, mimo, że wiedziałem jakie będą.
         Same dobre.

*

Czułem się trochę nieswojo, dawno nie byłem w akcji. Na szczęście przed wyjściem musiałem pobrać służbowe wyposażenie. Zdenerwowanie samo się rozbroiło, kiedy wsunąłem do kieszeni różaniec i modlitewnik. Odruchowo sięgnąłem po klucze, teraz ta stara... rutyna sobie o mnie przypomniała! Cofnąłem rękę, zamykanie drzwi nie miało sensu. Osobiście odprowadziłem na szubienicę ostatniego drobnego złodziejaszka. Co on tam zwędził? Kawałek kiełbasy?
Wyszedłem z budynku. Jakoś nie mogłem się przełamać. Ta tonąca w dzikim winie willa, chyba już na zawsze pozostanie dla mnie tylko budynkiem, obiektem, w którym zajmowałem dwa pomieszczenia. Z dwunastu wolnych. W jednym „urzędowałem”, w drugim pędziłem resztki żywota. Tak, można powiedzieć, że problemy mieszkaniowe rozwiązane zostały za jednym zamachem... Ile bym dostał za ten żart?
Trzydzieści na gołe plecy, najmniej.


*

apałem okazję do śródmieścia. W aucie była już trójka pasażerów. Dosiadłem się z tyłu. Proszę bardzo, transport publiczny upadł, a ścisk pozostał. Ożywionych rozmów też nie było. Zdrowsze są zdrowaśki. Sięgnąłem więc i ja po różaniec. Mój był niebieski i wzbudz, co zrozumiałe, dyskretne zainteresowanie. Starsze panie dysponowały fioletowymi. Służby Moralne. Nalany mężczyzna z przodu przesuwał między wielgachnymi paluchami zielone paciorki. Zieleń Miejska. Na lusterku kołysała się czarna koronka. Może Archiwa, a może tajniak. Dawno przestałem się orientować.
Kierowca był oczywiście nad wyraz miły. Podobnie jak 6 milionów pozostałych (przy życiu) obywateli. Rozwiózł nas po kolei do miejsc przeznaczenia, mnie wysadz przy głównym wejściu. Każdy teraz nieba ci przychyli. Czy chcesz, czy nie.
Zapłaciłem za podwózkę Bogiem i stanąłem przed przeszklonym blaszakiem.
Centrum, dawniej, kto to jeszcze pamięta handlowe. Dziś Eucharystyczne, ale i tak wszyscy mówią po prostu: Centrum. Taka niby pamiątka ze starych, złych czasów, schowana w mowie potocznej.
Tak to się, widzicie potoczyło.

*

Kierowca nie spuszczał ze mnie wzroku. No bo, po co taki dziad stoi przed Centrum i nie wchodzi, na co czeka, czego szuka? Żeby trochę podrażnić bacznego obywatela, zacząłem gmerać w kieszeniach, rozglądając się niedyskretnie na boki. Temperatura za mną rosła, dołożyłem do ognia, wąchając sobie rękę, tę gmerającą. Trafiony, zatopiony! Typ szarp się z drzwiami samochodu, coś tam posapując, a ja wtedy dopiero ruszyłem swobodnym krokiem do byłej świątyni handlu i rozrywki.
Tu dzieciaki mogą spędzać popołudnia. I spędza, bez gadania. Chłopcy osobno, dziewczęta osobno. Kółka różańcowe, oazy, chóry, siłownia, hale sportowe. Nie tylko pod okiem kamer, ale także Dyżurnych, zwanych Braciszkami. Jak to mówią, w zdrowym ciele, czujny duch.
Było też kilka jadłodajni. I to dosłownych. Gdyby nie te dajnie, spory kawał młodzieży nie miałby jadła w ustach przez cały dzień. Domyśliłem się, że „coś złego” działo się w strefie gastronomicznej.
Jest koedukacyjna. 

*

Znalazłem kierownika, wyciągnąłem odznakę, czując się przy tym, jakbym pokazywał nie do końca czyste gatki. Tak przynajmniej można było interpretować wyraz jego śliskich oczu. Ucięliśmy sobie pogawędkę. Miłą chciałoby się rzec, ale nie da rady. Facet był co prawda w moim wieku, ale zamiast złapać nić porozumienia, złapaliśmy nic porozumienia.
 – Jak tylko to zauważyłem, od razu dałem znać jego Eminencji!
Odwróciłem głowę, gość miał problemy gastryczne, albo puścił bąka.
– Znamy się nie tylko służbowo, oby Najwyższy miał go w swojej opiece!
To nie bąk, ale właściwie nie czuć różnicy.
 – A co dokładnie...
 – Musisz pan zachować pełną dyskrecję! – przerwał mi mało dyskretnie. – Przynajmniej na razie. Albowiem jestem przekonany, iż winni zostaną ukarani z całą przykładnością.
 – Mówi pan o Egzekucji? Ostatnia była przecież...
 – Mówię o środkach adekwatnych do zaistniałej sytuacji!
Zawsze uważałem, nawet w czasach, kiedy nie zawracałem sobie Nim zbytnio głowy, że Bóg to kawalarz. Naczelnik gastronomii z gnijącym oddechem, śmiech na sali.
 – Chociaż... Zjawisko, czy jak to nazwać, nie jest właściwie łatwe do... określenia. Już jakiś czas temu zauważyłem wzrost spożycia fileta, ale nie wzbudziło to moich podejrzeń. I chwała Królującemu, że przyszło mi do głowy przejść się za Centrum, na stary parking!
Przyjrzałem się jego zaciśniętym ustom, celującym oczom, zroszonej łysinie. Facet był na wskroś ludzki, ludzki do granic. Wdarł się we mnie ocean współczucia.
Nieludzki ocean.

*

Poszedłem za Centrum, na stary parking. Pusty, jeśli nie liczyć kikutów oślepłych lamp. Asfalt popękał w delikatną siateczkę map prowadzących donikąd. Wiatr przeganiał osowiałe foliówki. Linie wyznaczające miejsca postojowe, prawie już zatarte, przypominały rybie szkielety.
Mówiłem, że kawalarz?

*

Jeszcze zanim skręciłem na rampę, pod którą kiedyś podjeżdżały samochody dostawcze, natknąłem się na filety. Obdarte z panierki, bielały na szarym betonie. Część już podeschła, były też w miarę świeże. Sporo tego. Na rampie pusto, trochę śmieci, parę starych palet w kącie. No tak... Podszedłem do sterty palet tworzących coś w rodzaju niewielkiego schowka. Jeszcze więcej obranych filetów. Dziewczyna i chłopak, wtuleni w siebie. Za to mieliby tylko publiczną chłostę. Ale ich oczy! Ich oczy wywalone na drugą stronę, ręce tłuste, pełne resztek smażonej w głębokim oleju tartej bułki. Szturchnąłem chłopaka w ramię. Brak reakcji, musieli się nieźle zapchać. Wygrzebuję z pamięci nieżywe słowa: nawaleni? Nagrzani? Naćpani? Wziąłem do ręki niedojedzony kawałek, powąchałem. 
Jezu! Zwykła paniera.

Z WIZYTĄ W CENTRUM ONKOLOGII

Drzwi windy zamknęły się za mną bezszelestnie. No, tak, przecież to nowiuteńki, do tego bardzo nowoczesny budynek, ledwie parę miesięcy ...