wtorek, 20 października 2015

Kredens


Pogoda dopisywała, więc chłopiec wyniósł plansze na zewnątrz. Rozłożył je przed wejściem do wieży. Tablice były dość duże, zadrukowane tajemniczymi znakami. Służyły ojcu do dawania znaków z okien wieży. Chłopiec od zawsze marzył, by móc się nimi bawić. No, ale teraz już chyba może? Nagle nadszedł jakiś Czarny Pan. Nie był zbyt miły.
– A co ty tu robisz!?
– Rysuję! – odpowiedział chłopiec, wskazując z dumą na swoje dzieła.
– Bazgrzesz po tych tablicach!? Przecież one służyły Pustemu Wazonowi do dawania znaków!
Chłopiec nie wiedział, dlaczego ludzie nazywali jego ojca Pustym Wazonem. Dla niego zawsze był po prostu tatusiem.
– Tatusia nie ma.
– Wiem, przyszedłem zabrać ciało. Za godzinę przyjdzie też nauczyciel, ktoś musi przecież dawać znaki... – Pan zrobił się na chwilę Biały.
– Ja mogę! Widziałem, jak tatuś to robi! – stwierdził chłopiec, zadowolony, że będzie miał nowe zajęcie, bo już go rysowanie trochę nudziło.
– Ty? Przecież jesteś za mały!
– To Pan jest za duży!
– Poza tym te tablice... Są całkowicie zniszczone!
– Niech Pan się nie wtrąca! To moja sprawa!
Czerwony Pan pokręcił głową, nałożył kapelusz i poszedł w diabły.
Chłopiec schował kredki do kieszeni, pozbierał tablice i wbiegł na szczyt wieży. Wybrał najładniejszą planszę i wystawił ją przez odpowiednie, jak mu się wydawało okno. Nic specjalnego się nie wydarzyło. Niebo było czyste, słońce zbliżało się do horyzontu. Na wszelki wypadek pokazał też inne tablice, nawet te z potworami, przez wszystkie okna. Słońce zaszło i zapadła noc. Chłopiec wcale się nie bał, tym bardziej, że całe niebo pokryte było jasnymi gwiazdami. Obserwował je, a one układały się w figury, trochę nawet podobne do tych z tablic. Coś jednak zaczęło je przesłaniać. Malcowi opadały powieki. Ułożył się w kąciku i zasnął.
Obudziły go trzask i brzęczenie szkła. Podbiegł do okna.
Znad horyzontu nadciągały stada dzikich burz, dudniąc deszczowymi łapami o ziemię.
Chłopiec sprawdził pozostałe okna.
Tam waliły się spękane piorunami warownie chmur.
Stamtąd, potykając się na cienkich nóżkach, nadbiegały trąby powietrzne z zaczerwienionymi gardzielami.
Dalej, rozsypywały się odrapane blokowiska zamieci.
A tutaj, obnażając kły błyskawic, splecione wichury szykowały się do ataku.
Wtedy to właśnie, chwyciwszy ostatnie promienie spłoszonego słońca, chłopiec zamienił swoje serce w kryształ. Uwięzione w szkle światło odgoniło zbliżające się straszydła. Te nie uciekły jednak daleko. Tuż za horyzontem założyły obozowiska, nad którymi powiewały złowrogie proporce.
Od tamtej pory chłopiec samodzielnie przyswajał sobie sztukę dawania znaków. Starał się z całego serca. Próbował też zetrzeć z tablic dziecięce rysunki. Skutki były opłakane... Mieszkańcy miasteczka z czasem pogodzili się z niewyraźną aurą. Przestały dziwić czarne poranki, czy błyskawiczne noce. Lokalne anomalie zrobiły się nawet znane w regionie. Ożywiło to odrobinę turystykę.
Ludzie w końcu przywykli do chłopca o kryształowym sercu. Wołali na niego Kredens. Niespecjalnie go lubili, tak jak nie przepadali zbytnio za jego ojcem. Zastanawiali się też, czy młodzieniec, podobnie jak Pusty Wazon, spłodzi dziecko z Dziką Wichurą, czy raczej ze Śnieżną Burzą.
Czy może, dla odmiany, zdecyduje się na kobietę z krwi i kości?


Koci łeb

Wiedziałem, że to się tak skończy. Że cały ten pies i związane z nim obowiązki spadną na mnie. Dlatego od początku byłem przeciwny, ale J...