czwartek, 15 października 2015

BAJKA O SIEDMIU OLBRZYMACH


  Za siedmioma górami żył olbrzym, mający kuzyna, mieszkającego za siedmioma wzgórzami. Ten wielkolud także posiadał krewniaka, który osiedlił się za siedmioma pagórkami. Jego pociotek natomiast, kolos, jak się patrzy, urządził się za siedmioma głazami. Jak się domyślacie, następny koligat, niezły gigant, osiadł za siedmioma otoczakami. Kuzyn tego kuzyna pomieszkiwał za siedmioma kamykami polnymi, najbliżej agnata, rezydującego z kolei za siedmioma ziarenkami piasku. I właśnie ten ostatni olbrzym, postanowił przymocować do ściany zdjęcie z rodzinnego zjazdu. Dawno, dawno temu oprawił pamiątkę w ramę, ale jakoś nie mógł się zdobyć na umieszczenie jej w należnym miejscu. Coś go jednak naszło, starość, czy radość, któż to odgadnie i postanowił wreszcie sprawą się zająć. I tu pojawił się problem: nie miał bowiem gwoździa. Zabrał się do poszukiwań. Odnalazł przy okazji parę przyzwoicie ogryzionych szkieletów, ale gwoździa ani śladu. Od czego jednak jest rodzina?  

    Zwrócił się więc do swojaka zameldowanego za siedmioma kamykami polnymi. Ten, kiedy dowiedział się, co jest przedmiotem poszukiwań, podrapał się po głowie i powiedział:

 – Gwoźdź? Teoretycznie mam, ale w praktyce – musielibyśmy poszukać. 

  Zabrali się do poszukiwań. Odnaleźli przy okazji parę przyzwoicie ogryzionych szkieletów, zbiór monet z lepszych czasów i poradnik na złe. Ale gwoździa ani śladu. Od czego jednak jest rodzina? 

    Udali się razem za siedem głazów. Kolos był trochę zaskoczony nieoczekiwaną wizytą. Kiedy dowiedział się, o co chodzi, podrapał się po plecach i stwierdził:

 – Gwoździa? Sam nie wiem, używam wykałaczki. Poszukajmy.

  Zabrali się do poszukiwań. Odnaleźli przy okazji parę przyzwoicie ogryzionych szkieletów, zbiór monet z lepszych czasów, poradnik na złe, rzeczną barkę i niegrzeczne dzieci. Ale gwoździa ani śladu. Od czego jednak jest rodzina?

    Wsiedli pospołu w podmiejski autobus i pojechali do krewnego, bytującego za siedmioma pagórkami. Wielkolud był zniesmaczony nieoczekiwanymi odwiedzinami. Kiedy dowiedział się, o co tyle hałasu, podrapał się po tyłku i mruknął:

 – A pytaliście kuzyna mieszkającego za siedmioma otoczakami?

    Poczekali na powrotny autobus i pojechali do tego giganta, ale akurat brał kąpiel. Wrócili więc za siedem pagórków (mówią, że zajęło im to kilka ładnych godzin). Zabrali się do poszukiwań. Odnaleźli przy okazji parę przyzwoicie ogryzionych szkieletów, zbiór monet z lepszych czasów, poradnik na złe, rzeczną barkę, niegrzeczne dzieci, stado zagubionych owiec i smoka bez rajstopy. Ale gwoździa ani śladu. Od czego jednak jest rodzina?

    Szykowali się do kolejnej wyprawy, kiedy pojawił się świeżo wykąpany familiant, tak, tak, to ten zza siedmiu otoczaków. Poczekali aż wyschną mu włosy (mówią, że zajęło im to kilka ładnych dni), i udali się, każdy bez wyjątku, za siedem wzgórz. Osiadły tam waligóra ucieszył się na ich widok, podrapał się po stopie i obudził w nich nadzieję:

 – Gwoździem? Jasne, powinien być jakiś w skrzynce na narzędzia!

     Ale gdzie jest skrzynka? Zabrali się za poszukiwania. Odnaleźli przy okazji parę przyzwoicie ogryzionych szkieletów, zbiór monet z lepszych czasów, poradnik na złe, rzeczną barkę, niegrzeczne dzieci, stado zagubionych owiec i smoka bez rajstopy i, nareszcie, skrzynkę na narzędzia. A w pojemniku były: obcęgi, młotek, śrubokręt płaski i krzyżakowy, trochę drutu, takie coś do takiego czegoś, przepalona żarówka, nawet klucz francuski. Ale gwoździa ani śladu. Od czego jednak jest rodzina?

     Poszli więc za siedem gór (mówią, że zajęło im to kilka ładnych miesięcy). Kwaterujący tam tytan spodziewał się chyba gości, ponieważ o nic nie pytał, tylko krzyknął: 

 – O gwoździu! Proszę bardzo!

     I wręczył zaostrzony kawałek stali kuzynowi wychowanemu za siedmioma wzgórzami. Ten ledwo objął trzpień rękami i szybko przekazał go dalekiemu krewnemu, który zapuścił korzenie za siedmioma pagórkami. Który z kolei pchnął zardzewiały cokolwiek ćwiek do krewniaka zza siedmiu głazów. Tego kolosa zgięło wpół i od razu położył się do łóżka. Wtedy prawie doszło do tragedii, gdyż bretnal rozgniótłby członka rodziny, przybyłego zza siedmiu kamyków polnych (gigant zza otoczaków zdążył się już zmyć). Na szczęście olbrzym mieszkający za siedmioma ziarenkami piasku, w ostatniej chwili, złapał rzecz między palce. Zbliżył rękę do oka, bo ledwo widział obiekt swoich poszukiwań. I wtedy wpadło mu to do źrenicy.

       Wszyscy rzucili się za gwoździem, nie wyłączając kuzyna zza siedmiu otoczaków, który wrócił skruszony. Szukali, szukali i szukali (mówią, że zajęło im to kilka ładnych lat), a po drodze smok bez rajstopy wymacał rajstopę, zagubione stado owiec wyniuchało pasterza, niegrzeczne dzieci namierzyły rózgę, rzeczna barka wyłowiła port, poradnik na złe czasy wygrzebała bieda, zbiór monet z lepszych pogrzebał nędzę, para przyzwoicie ogryzionych szkieletów okryła się sławą. 

      A gwoździa, mój Boże, ani śladu!



Z WIZYTĄ W CENTRUM ONKOLOGII

Drzwi windy zamknęły się za mną bezszelestnie. No, tak, przecież to nowiuteńki, do tego bardzo nowoczesny budynek, ledwie parę miesięcy ...