wtorek, 4 sierpnia 2015

Tajemny romans Kłam Stefka i Prawdusia Mietka


Wielkimi oczami, przez wielkie okna, Kłam Stefek obserwuje boisko. W szkole panuje cisza, czyli taka surowa pani w spodniach, z monoklem na oku. Kłam Stefek ogląda się za siebie. Ni żywej duszy. Chłopiec wyciera nos rękawem, dodając do dwóch pasków trzeci i nadal lustruje rosnące za ogrodzonym boiskiem drzewa, a w szczególności furtkę w płocie. Pnie rzucają toporne cienie, siatka wydaje się napięta do granic możliwości. A te są dwie. Albo tam jest, albo go nie ma. Może dał sobie spokój, może poszedł do domu? Przecież nie sterczałby przez godzinę, a dokładnie godzinę i dwanaście minut w chaszczach. A może by sterczał? To jest ważna kwestia, ważniejsza na przykład od schnącej w tornistrze kanapki z serem. Kłam Stefek zmartwi się nią później. Odruchowo wciska w spodnie wystający spod bluzy rąbek koszuli. Czy ktoś tam stoi za tym krzakiem?
Nagle trzaskają gdzieś drzwi. To woźny Szala zaczyna zamiatać korytarze. Kłam Stefek kieruje się do wyjścia, gdyż wyjścia nie ma. Tryska z bramy szkolnej i przemyka przez boisko, rozchlapując strwożone spojrzenia. Pcha furtkę i koszmar jak zwykle się ziszcza.
Stoi tam, w cieniu: z lekka roztyty, zmrużony, z kącikami uśmiechniętymi w dół. I tymi olbrzymimi dłońmi otwierającymi się i zamykającymi jak miechy, jak motyle, jak motyle gwałtu, jak pięknie jeżą się włoski na obnażonych przedramionach. Jak stal błyska błękit oczu. Powalająco. Oto on, Prawduś Mietek we własnej osobie! Groźny, buchający, zapierający dech. Chwyta Kłam Stefka za gardło i unosi w powietrze. Niemalże, gdyż Kłam Stefek okazuje się cięższy, niż na oko się wydawał.
 – Myślałeś, że mi uciekniesz, zboku!? – dudni rozsierdzony Prawduś.
Kłam Stefek próbuje powiedzieć, że o co właściwie chodzi, on nic nie zrobił, za co, za co, i jeszcze coś, do czego nie przyznałby się za żadne skarby, za żadne bransoletki, naręcza kwiatów: że cieszy się, że Mietek na niego tyle czekał, wybacz, że tak długo czekałeś... Charczy jedynie:
 – Prrr...
  I ruszają w tan: powietrza, drzewa, kałuże, szkoła, kałuże, drzewa, powietrza!
  Nagle nadlatuje skądś furtka i trzaska Prawdusia w łeb. To woźny Szala nadchodzi z odsieczą, miotłą, wąsami.
 – Nnnie mymymożna bibić sssłab szych – wygłasza, zacinając się odrobinę.
 – Ale to przecież Kłam Stefek! – łka Prawduś, pewien swojej racji.
 – Nnnie wywyważne kto i ccco i i i jak. Popodajcie so o obie ręce.
 – Mój tata mówi, że właśnie ważne, i że trzeba bić pedałów! Nigdy nie podam mu ręki! – burczy Prawduś.
 – Twój tatata? Ten statary kłakłamuch? Nnniech lepiej się weweźmie dydydo roboty!
  Prawdusiowi robi się głupio.
 – A tytyty Kłam Stefek, idź dododomu i pozdrów o ode mnie swoją Prapraprawdę, znamy się jeszcze z czasów wojny.
Prawdusiowi robi się jeszcze głupiej. Podaje Kłam Stefkowi rękę, coś iskrzy, żyją długo i szczęśliwie.
Chociaż bez ślubu.


Koci łeb

Wiedziałem, że to się tak skończy. Że cały ten pies i związane z nim obowiązki spadną na mnie. Dlatego od początku byłem przeciwny, ale J...