poniedziałek, 8 czerwca 2015

Szarada

W Szarowach Małych mieszkał sobie Popielski Szarysław, którego wielkie nieszczęście spotkało. Kolorowa Zaraza go bowiem dotknęła. Dobrze, że pierwszy przy porannym twarzy szarowaniu to zauważył. Na szyi mu się szarubka poluzowała, po szarokręt więc sięgnął, w duchu zbytnie głową ruszanie przeklinając. Przysunął się do lustra i zezując, zawzięcie w łebek szarubki celował. Czubek narzędzia już w krzyżowe nacięcie wchodził, kiedy Szarysław dostrzegł coś, co mu się w głowie nie mieściło. Spod obluzowanej części, parę zaciekliwych, kolorowych warstewek w oczy mu się rzuciło. „Zgubiony jestem” pomyślał Szarysław i w głąb siebie spojrzał.

Cofnął się jednak szybko i na sedes klapnął. Spojrzenie na rolce szarego papieru zatrzymał. „Grunt to głowy nie stracić”. Szyję szczelnie owinął i udał się do Szarostwa Powiatowego, gdzie jako szaretarz pracował. Na gardło pokazywał, szalika nie zdejmował i do nikogo się nie odzywał. Pracę swoją lubił, ale tego dnia torturą była i nie mógł jej końca doczekać. W papierach się zakopał i sytuację swoją rozważał. Do doktora Szaryńskiego pójść nie mógł, z całym szarunkiem, Szarowy to jednak mała mieścina. Zostawić tego też tak nie można, bo prędzej czy później, wyjdzie szydło z worka. „Czy raczej tęczydło”. Nie ma rady, musi do samej Szarawy jechać i to jeszcze dziś. Zaraz.

Pogorszeniem stanu się wymawiając, z pracy wyszedł wcześniej, by ostatnie autobusowe połączenie złapać. Ze spuszczoną głową Szarynek przeciął. Czy zdawało mu się tylko, czy sierżant Szary dziwnie mu się przyglądał, mandat młodzieży za drzew szarpanie wypisując? Czy panna Szarotka zza lady podejrzliwie go wzrokiem śledziła? Czy wszystkie spojrzenia w Szarysława celowały, gdy sam jak palec na szaranku stał? Na szczęście nadjechał szarobus.

Szarzało już, gdy do Szarawy wjeżdżał. Twarz do szyby przykleił. Mimo wszystko na odrobinę zachwytu się zdobył. Szarokie ulice, szaraut sznury, tłumy szarawe. Na budynkach szarlamy mrugają. Miasto szaryciem tętni. „A ja tu umieram”.

Do banku się udał Szarysław, oszczędności wszystkie podjąć. Kolorowej Zarazy leczenie, Bóg wie, ile kosztować może. Dokąd się udać wiedział jednak dokładnie. Są takie adresy, które wszyscy znają. Ociągał się trochę, nogi same go zwiodły do spelunki podejrzanej. Nad szaranką ponuro posiedział, drugą dla odwagi szarpnął. I poszedł. Trochę szarości się za nim z podcienia wymknęło.

Szedł Szarysław, jak na skazanie, kroki echem pobrzmiewały. Ale to nie echo było. W ciasnym szarułku ktoś Szarysławowi nóż do serca przystawił. „Dawaj co masz, bo zabiję” – cień wyszeptał. „Dać nie mogę, od tego wszystko zależy” – odpowiedział Szarysław z dna rozpaczy. „Toć mówię!” – ostrze po piersi Szarysława lekko zgrzytnęło. Spojrzeli na szramę płytką, a ta skrzyła się wielobarwnie. Szarysław tylko te kolory widział. A szarodzieja kieszenie mu przetrząsającego, przechodniów wzrok odwracających i Księżyca z chmur palącego, już nie.

Zbudził się z odrętwienia Szarysław, gdy zegary szarastą biły. Powlókł się przed siebie, złamany. Którędy szedł nie wiedział, miasta wszak nie znał. Ale widocznie miasto go poznało. Dość, że przed drzwiami wiadomymi wylądował. Na tabliczkę z nazwiskiem patrzył (nic nie rozumiejąc). Rękę do dzwonka podniósł, jak we śnie. Dłoń w powietrzu zastygła, na szarundę, wreszcie przycisk wdusiła.

Otwiera Staruszek siwy, w głąb bez słowa prowadzi. Za biurkiem siada, znad szkieł spogląda. Tłumaczy się Szarysław, najlepiej jak potrafi. Szyi dotyka, koszulę rozchyla. „Goły jestem” – dodaje i czeka. Staruszek patrzy tylko. I widzi Szarysław w tych oczach kolory, wszystkie chyba. I wie już, że zgubiony jest.

Staruszek szufladę dolną wysuwa, w niej grzebie. Szarysława serce wali. A Staruszek szczotę drucianą przed nim kładzie. I dalej patrzy. 

Koci łeb

Wiedziałem, że to się tak skończy. Że cały ten pies i związane z nim obowiązki spadną na mnie. Dlatego od początku byłem przeciwny, ale J...