czwartek, 27 grudnia 2018

LIST ZNALEZIONY W BUTELCE


Nie będę Was tu czarował, Drodzy Uchodźcy, nie będę czarował.
Nie mam powodów, by Was oszukiwać.
Chciałbym tylko, byście wiedzieli, że naprawdę doceniam, to co mam.
Naprawdę doceniam.
Spokojne poranki, nie szkodzi, że w korku, nasze korki są bardzo spokojne.
Suniemy sobie w naszych przytulnych kabinkach pod pogodnym niebem, albo pochmurnym, deszczowym nierzadko, bardzo przy tym spokojnym, bardzo.
Wierzcie mi, nasze niebo jest bardzo spokojne.
Słuchamy radyjka, lecą przeboje, lecą wiadomości i są to bardzo spokojne wiadomości, nic właściwie się nie dzieje.
Doceniam pracę, której szczerze nienawidzę, podobnie jak większość z nas, ale której nie rzucę za nic w świecie.
Za nic w świecie.
Bo to bardzo spokojna praca.
Pieniądze doceniam, mimo, że jest ich aby, aby, właściwie głównie na jedzenie starcza.
Więc doceniam każdy kęs kotleta, każdego ziemniaczka, którego nabijam na widelec.
I jem bardzo spokojnie, jeden Bóg wie, jak spokojnie zjadam swojego kotleta.
Najbardziej jednak doceniam rodzinę, moich najbliższych, mimo, że czasem jesteśmy tak od siebie daleko, tak sobie obcy w jednym domu, tak dla siebie nieuprzejmi, obrażeni, odrażający wręcz.
Ale to wszystko nic nie znaczy, nic nie znaczy, bo w gruncie rzeczy jesteśmy bardzo spokojną rodziną, w jakimś sensie bardzo szczęśliwą.
I Wam za to dziękuję, bo to także dzięki Wam tak właśnie jest.
Dzięki Wam inaczej patrzę na świat, na mój świat i doceniam, co zostało mi dane.
Szalenie to doceniam.
I zachwyca mnie ta, chciałoby się rzec boska konstrukcja, w której wszystko ma swoje miejsce, korki, nielubiany szef, drożyzna w sklepach, kłótnia z młodszą córką o jakąś bzdurę no i Wy, Drodzy Uchodźcy.
Wy też macie w tym wszystkim swoje miejsce.
Ach, pewnie się Wam wydaje, że my o Was nie myślimy, że nie zwracamy uwagi? Błąd! Nawet nie wiecie jak często gościcie w naszych myślach, jakże często.
W jakimś sensie nie możecie wyjść z naszych głów.
Nie możecie wyjść.
Wejść też nie możecie, to chyba jasne?
Mam nadzieję, że to dla Was jasne.
Chociaż wiem, że te słowa nigdy do Was nie dotrą, nie mają prawa do Was dotrzeć.
Po prostu musiałem to z siebie wyrzucić, musiałem to wyrzucić.

Jeszcze raz z całego serca Wam dziękuję,
szerokiej drogi,
trzymajcie się,
trzymajcie się mocno.

(podpis nieczytelny)

środa, 19 września 2018

Koci łeb


Wiedziałem, że to się tak skończy. Że cały ten pies i związane z nim obowiązki spadną na mnie. Dlatego od początku byłem przeciwny, ale Jacuś też mnie zna od podszewki, wie gdzie podrapać, żebym przewrócił się na plecki i zamerdał ogonkiem. Że tak powiem. Wzięliśmy więc psa, oczywiście ze schroniska, śliczniutkiego poczwara, który z paskudnego szczeniaka wyrósł w naprawdę pokracznego mieszańca. Wybryk, uparłem się i takie dostał imię. Bo pies ten był wybrykiem natury w czystej postaci, poczynając od maciupkiej nieforemnej głowy z nosem, jakby siłą wciśniętym do środka, dzięki czemu wiecznie załzawione oczy wyłaziły z orbit i groziły nagłym wypadnięciem, szczególnie podczas srania. A srać miał czym, gdyż odbyt zajmował prawie cały, niechlujnie podczepiony do składającej się z paru przykrytych burym kocem żeber klatuni piersiowej zad. Korpus poruszał się na cieniutkich drżących patyczkach, z których tylne były krótsze, więc Wybryk zdawał się szorować dupą po ziemi. To znaczy po chodnikach, bo najbliższa ziemia znajduje się jakieś dwadzieścia kilometrów od naszego osiedla. W linii prostej rzecz jasna.
I tak łaziłem z tym szczuropsem po okolicy co rano i co wieczór, bo Jacuś akurat śpi (pójdziesz kocie?), bo Jacuś akurat nie może, bo coś mu wypadło (no sam widzisz), bo musi coś sprawdzić, bo to, bo sramto. Bo się wstydził. Wiedziałem, że w gruncie rzeczy o to właśnie chodzi. Wstydził się pokazywać z Wybrykiem na osiedlu, albowiem ten paskud nijak nie pasował do jacusiowego wypisz, wymaluj kiej żurnal stajlu, chociaż w tej kwestii miałem akurat odmienne zdanie. Nie mówiłem mu tego jednak, nic nie mówiłem, czasem dla dobra związku lepiej trzymać gębę na kłódkę. Bez słowa brałem smycz, woreczki i szedłem szukać dogodnego miejsca do wyciśnięcia z naszej potwornej tubki srakopasty. Ale, żeby to była pasta! To bym jakoś jeszcze pozbierał. Wybryk jednak miał cały szereg nerwic, w tym nerwicę żołądka, wypluwał więc z siebie rzadkie krzaczki a zbieranie tego z chodnika było właściwie rodzajem gównianego ekspresjonizmu, ok, niech będzie, postimpresjonizmu. Dlatego celowałem w jedyny na naszym pięknym osiedlu skwerek, skąd mogłem zebrać twórczość Wybryka razem ze sporą ilością żwirowiórogleby, co jednak skutkowało tym, że skwerek wyglądał jak miniaturowe pole walki usiane lejami po kału eksplozjach. Tym bardziej, że Wybryk to niejedyny pupil na osiedlu.
O tak, ludzie w betonowych dżunglach bardzo samotne, muszą mieć psie przyjaciele. Ale nie byle jakie, co to, to nie. Dobrze jak przyjaciel jest dobrze urodzony, najlepiej rzadkiej rasy, medal jakiś, lub dwa nie zaszkodzą, no i mały też być nie może. Wielkości kuca, powiedzmy. I oczywiście wszystkie są łagodne, się pan nie boi, nic nie zrobi! Ależ oczywiście, jaki milutki morderca, jak pięknie się szczerzy, ups, chciałem powiedzieć uśmiecha... Na wszelki wypadek noszę przy sobie gaz („w sytuacji zagrożenia wycelować w stronę linii oczu i zdecydowanie wcisnąć dźwignię”), za dużo me oczy widziały bestyj rzucających się na siebie z nieprzytomnie wściekłym psiokwikiem, podczas gdy bezradni właściciele popiskują te swoje siad Ambroży, powiedziałem, siad!
Kultura. Główne zagadnienie dotyczące posiadaczy psów na naszym osiedlu. A dokładnie rzecz ujmując brak kultury, jako swoista subkultura zadziwiająco egalitarnego srariatu, który poddać można wszechstronnym analizom: historycznej – panie, kto to widział, żeby psie kupy zbierać!? Historiozoficznej – nie ma takiej siły panie, co mnie zmusi do zbierania tych gówien. Filozoficznej – a komu zwykłe gówno przeszkadza? Ontologicznej – panie, pies jest po to, żeby srać! Retorycznej – psu pan srać zabronisz? Przyrodoznawczej – to przecie zwykły nawóz, co pan!? Psychologicznej – Jezu! znowu nie wzięłam woreczka, co się ze mną dzieje..? Psychoanalitycznej – mamusiu, nie dotknę tego, nawet przez woreczek! Socjologicznej – inni nie zbierają, a ja mam zbierać!? Wreszcie antropologicznej – nasrane to masz pan we łbie!
Niestety, na nic analizy, na nic cała ta nauka, chodniki jak były zasrane, tak zasrane będą po horyzont i walka z tym, jest jak walka z wiatrakami – piękna na papierze, brzydka (choć epicka) w realu. Co mnie jednak osłabiło najbardziej, to nie jakieś tam gówienko, nie jakaś smętna, wołająca o pomstę do nieba kupencja, ale jabłko. Jabłko w woreczku. Nie powiem, zdarzało mi się zebrać nie swojego psa odchód, taki, za przeproszeniem mam zmysł estetyczny, że lubię, jak jedyny skwerek na osiedlu jest od skwarek wydalniczych wolny. Ale któregoś dnia patrzę, a pośród dogorywających traw kępin leży jabłko. W woreczku. Zduszone nogą jakby, we własnych sokach tonące. I myślę: tego już za wiele. Wiem, w gruncie rzeczy nie takie śmieci ludzie porzucają na pastwiskach publicznych, jednak to biedne jabłko poruszyło mnie do głębi.
Bo co komu ono winne? A pewnie jeszcze ręką matki przygotowane, jakiemuś szczylowi niewdzięcznemu do tornistra wciśnięte, by gówniarz witaminek łyknął, bo mizerny, blady, ciągle przed komputerem siedzi, a ten jebs, jabłko w skwerek, żeby się na oczach ludzi rozkładało, jak się rozkłada jego relacja z matką, bo ojca pewnie i tak nie ma, nawet jak jest. I w tym jabłku wyrzuconym poza nawias ludzkiej rodziny smutek taki był, że mnie w gardle ściskało. Nie mogłem na nie patrzeć normalnie. I postanowiłem owocu owego nie ruszać, żeby był na widoku, żeby w oczy kłuł, żeby przyziemnym pomnikiem upadku wartości się stał.
Ale chyba tylko mnie płód ten zbezczeszczony kłuł, bo jabłko w worku leżało dzień, leżało drugi dzień. Gdzie indziej łaziłem Wybryka załatwiać. A jabłko puchło, brązowiało, miąższarzało, wybałuszało się nawet przez nieczuły plastik. Trzeciego dnia, jako żywo usiadłem i mówię do Jacusia: nie idę. Sam sobie z Wybrykiem wyłaź, mnie to zbrzydło. Pomarudził, pomarudził, ale twardy byłem, jak nigdy. Jak prawie nigdy. I poszedł. Przez okno w kuchni obserwowałem, czy sobie radzą. Radzili sobie całkiem nieźle, tylko Jacuś płochliwy się nagle zrobił, co kładłem na karb owej wstydliwości dizajnerskiej. Ale to nie było to. 
Szybko, za szybko ze skwerku się zwinął, zapomniawszy wydaliny wybryczne worecznie wybrać. Miast tego czmychnął jak niepyszny do klatki. Taki wstyd, wstyd taki! Why, Jacusiu, why mi to robisz!? Nie widzisz, że walczę z całym sąsiedzkim światem, wojuję z psiogówien nieuprzątaczami, a ty, mój ukochany, niczym ostatni cham, srakę na środku skwerku zostawiasz!? Szykowałem się do tyrady, może nawet na kryzys małżeński (i żadne Kubusiu, Kubinku nie pomogą) ale Jacuś jakiś dziwny był w domu.
Najpierw długo o ścianę przy drzwiach wejściowych opierał się, dysząc, a słowa wydusić z siebie nie mógł. Więc tylko wzrokiem pytałem, ale on machnął ręką. Czekałem więc grzecznie. Wreszcie się trochę uspokoił. Rozejrzał wokół, jakby pierwszy raz wszystko widział. Ze zdziwieniem bardziej, niż obrzydzeniem spojrzał na Wybryka, który głowę chował już pod szafką na buty (nerwica wegetatywna). Po chwili mnie także spojrzeniem zaszczycił. Kiwał głową z niedowierzaniem, zaszokowany czymś, poruszony do ostatniego szwu swych lampasiastych getrów.
– Widziałeś? – zapytał wreszcie.
Jak srasz naszym psem i po nim nie sprzątasz? chciałem zapytać, szczęściem postanowiłem tę złośliwość zmilczeć.
– Co?
– W woreczku.
– Jabłko?
Jacuś głowę spuścił.
– Nie. To nie jabłko.
– A co?
Milczał chwilę, ślinę przełknął, wyprostował się i rzucił mi mroczność straszną swymi obłędnymi błękitami
– Koci łeb.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

ŁÓŻKO NIEBIESKIE

Poczekaj. Mówię, poczekaj, człowieku! Wiem, że ci się spieszy, mnie też się spieszy. Żebyś wiedział. Ale najpierw coś ci opowiem. To ważne. Dla mnie. Dasz radę?



To było kilka ładnych lat temu. Rzuciła mnie laska, a może ja rzuciłem laskę. Jakaś taka bzdura. Dość, że zrobiłem sobie z życia plaster miodu. Pitnego, oczywiście. Pracowicie niczym pszczółka zaklejałem etanolem dzień po dniu, tak, że zlały się w jeden lepki ciąg. Ale słodki to miałem jedynie zapach po paru tygodniach. A może miesiącach. Ta, po paru miesiącach przestałem odróżniać jawę od snu. Śniły mi się jakieś niesamowicie długie mieszkania, przez które przeciskałem się przez rozbawioną ciżbę w poszukiwaniu lodówki, szklanki, otwieracza, okna, w którym można zapalić, kolejnej puszki, butelki, zapalniczki, okna, jakiejś laski. Jakiejkolwiek. A trafiałem do kibla. Co akurat było w sam raz, bo mogłem się porządnie wyrzygać. A wyrzygiwałem jakieś znowu długie korytarze, przez które mniej lub bardziej brzydki lachon ciągnął mój zezwłok, by wycisnąć zeń ostatni sok. Co się śmiejesz? Można powiedzieć, że byłem poetą. Poetą taniego podrywu, który, o dziwo działa, i który polega na tym, że dużo pierdolisz. Więc pierdoliłem dużo, białousty mistrz gadki aż klientka zrzucała szmatki. O, tak! Potrafiłem mielić ozorem lepiej niż fiutem, ale kto by na to zwracał uwagę. Najważniejsze, żeby nie przestawać. Więc, mimo śmiertelnego zmęczenia, pierdoliłem. To znaczy ruszałem dupą, a chuj właził w jedną pizdę i wyłaził z innej. Jeb, jeb, jeb, jak jakaś maszyna do szycia pizd. A szyłem coraz grubszymi nićmi. Z początku by gasić płomień. O! Jaki to był płomień. Wydawało się, że nie do ugaszenia. A potem płomień zgasł, a ja pierdoliłem dalej. By coś jeszcze wypić, by coś tam zjeść. By gdzieś umyć dupsko, przeprać gacie, przekimać.  Aż zostałem tym kolesiem, który zostaje po imprezie na podłodze zawinięty w cudzą kurtkę, kawałek koca, dywanu. Albo gazety. Albo klatki schodowej. Tak, klatki schodowe - sny stały się realistyczne, zimno było do bólu prawdziwe. Ale obudziłem się.  

Obudziłem się i poczułem pod policzkiem przyjemny chłód. Nie był to jednak wyślizgany beton schodów. Otworzyłem oczy. Leżałem na niebieskiej, niesamowicie delikatnej w dotyku pościeli. Zanurzałem w niej rozpaloną głowę jak w lekarstwie. To był jakiś ciasnawy pokoik pełen ponurych regałów. Mrok odganiała jedynie mała, zgięta w niskim ukłonie lampka. Ktoś wszedł do środka i przykucnął przy materacu, po którym tarzałem się jak opętany. Podniosłem głowę i świat zawirował. Opuściłem łepetynę z powrotem na poduszkę i świat przestał świrować. Bez wątpienia, gdy unosiłem głowę, byłem kompletnie nawalony, a gdy kładłem ją na tej pościeli, robiłem się kompletnie trzeźwy. Powtórzyłem to kilka razy. Kultura jednak wymagała by do panny zagadać. Musiała to być studentka polonistyki, nie pytaj skąd wiem, takie rzeczy się po prostu wie. Chyba ładna, sądząc po tych częściach twarzy, które udało mi się uchwycić. Trzeba było działać. Zmrużyłem filuternie oko, ale nie był to zbyt dobry pomysł. Spróbowałem więc rzucić parę inteligentnych tekścików o meblościankach, czy gramatyce opisowej, ale wyszło jeszcze gorzej. Pozostało więc tylko jedno. Wsunąłem dłoń między odziane w czarne rajstopy nogi, sięgając ku bielejącemu trójkątowi majtek. Ona spokojnie, choć stanowczo chwyciła moją rękę i odłożyła ją na łóżko. Pogłaskała mnie po czole i powiedziała: nic nie musisz robić. 
Nic nie musisz robić. 
Uwierzyłem jej. Uwierzyłem, jak jeszcze nikomu  w życiu. I dotarło to do mnie z całą mocą. Nic nie muszę. Mogę sobie tu leżeć w tej boskiej pościeli, schowany w półmroku i nie wisi nade mną żaden pierdolony obowiązek. Nic. Ani kropelka. Wtedy ona wstała, pstryknęła coś, zdaje się odtwarzacz CD i wyszła, zamykając za sobą drzwi. Zrobiła to tak delikatnie, tak czule, że ogarnął mnie zdobiony dreszczem błogostan, absolutne odprężenie pogłębiane dotykiem orgazmicznej pościeli. Myślałem, że nic lepszego już mnie w życiu nie spotka. No i wtedy pojawiła się muzyka. Najpierw pojedyncze dźwięki. Pojedyncze dźwięki w idealnych odstępach ciszy. Te dźwięki zbierały się w jednym miejscu i zamieniały w punkt, który był, jak się okazywało jednym z wielu, które znowu spotykały się w innym miejscu, stając się kolejnym punktem i tak w nieskończoność. Po dłuższej chwili zauważyłem, że dzieje się tam jeszcze coś. Ten ruch odbywał się w jedną i drugą stronę. Ale to też nie była cała prawda, bo ten ruch odbywał się we wszystkich kierunkach na raz. Człowieku, to było naprawdę niesamowite! Wtedy też, jak już to wszystko załapałem, zacząłem osuwać się w sen. Bardzo tego nie chciałem, walczyłem ze wszystkich sił, chwytałem się tej pościeli, muzyki, światła, ale przegrałem.
Czekaj! Jeszcze chwilę, to nie potrwa już długo! 

Obudził mnie chłód na policzku. To były moje podeschnięte rzygi. Otworzyłem oczy, a za rogiem już czekał ten słoneczny psychopata z siekierami swoich promieni. Walił na oślep a drzazgi wbijały mi się w mózg. Zerwałem się z wymiętego, zapaskudzonego nie tylko rzygami łóżka. Postałem chwilę w ciasnym przedpokoju składającym się z pięciu czy sześciu par pozamykanych drzwi. Wybrałem drzwi wyjściowe i postanowiłem coś ze sobą zrobić. Zajęło mi to jakiś rok. I nie było łatwo. Każdy łoś ci to powie. Do bagna wchodzisz ze śpiewem na pysku, a wychodzisz z zaciśniętymi zębami. O ile wychodzisz. Ale mnie się udało. Rzuciłem używki, znalazłem nieprzyzwoitą pracę, czyli taką, która zjadała mnie na cały dzień. Bo tego właśnie potrzebowałem. Żeby mnie coś pochłaniało. Więc praca, praca, praca, praca. Dom. A w domu pustka. Wtedy przypomniałem sobie niebieskie łóżko. Przypomniałem sobie raj. I zacząłem szukać. Najpierw pościeli. Stałem się ekspertem od jedwabiu. Chiński, tajski, srajski, jaki chcesz. Mogę opowiadać o tym godzinami. Spokojnie, człowieku. Teraz nie będę, wytrzymaj jeszcze chwilę! Dopiero jak wydałem kupę siana, przyszło mi do tej durnej łepetyny, jaki jedwab! Jaki kurwa jedwab? Przecież to była studentka. Więc wszedłem w syntetyki, w taniochę piździochę, jakieś podejrzane satyny, sztuczne atłasy, pokątne adamaszki. Niebieskie w tysiącu odcieni. Mogłem codziennie zmieniać sobie pościel, ale to i tak nie było to. Nie ta faktura, nie ten chłód, nie ten kolor. Szukałem też muzyki. Zgrałem całą jebaną klasykę, musiałem dokupić dysk. Dziesięć tera. Wiesz ile to jest? Jakieś sto dwadzieścia tysięcy utworów. Mniej więcej. I zarywałem nieraz całe noce przekopując się przez te wszystkie epoki, bo na wszelki wypadek zacząłem od średniowiecza. I nic. Czasem było coś podobnego, ale to przez chwilę, w dwudziestym wieku. Któregoś dnia dotarło do mnie, że to mógł być przecież jakiś współczesny  remiks. I poczułem się bezradny. Coraz bardziej bezradny. Kupowałem nawet hurtowo lampki, nowe, stare, z tradycyjną żarówką, ledową, sredową. Testowałem różne ustawienia, zgięcia, różne rodzaje półcienia. Ale to też nie było to. I po paru ładnych latach dotarło do mnie, że jest tylko jeden sposób, by znowu tam trafić. Oświeciło mnie, że jest tylko jedna droga do tego półmroku. Do tej muzyki. Do niebieskiego łóżka. Tylko jedna droga. Rozumiesz?



Nieważne. No, dalej. Teraz już możesz. Możemy.



Twoje zdrowie, człowieku!

LIST ZNALEZIONY W BUTELCE

Nie będę Was tu czarował, Drodzy Uchodźcy, nie będę czarował. Nie mam powodów, by Was oszukiwać. Chciałbym tylko, byście wiedzieli, ...