środa, 19 września 2018

Koci łeb


Wiedziałem, że to się tak skończy. Że cały ten pies i związane z nim obowiązki spadną na mnie. Dlatego od początku byłem przeciwny, ale Jacuś też mnie zna od podszewki, wie gdzie podrapać, żebym przewrócił się na plecki i zamerdał ogonkiem. Że tak powiem. Wzięliśmy więc psa, oczywiście ze schroniska, śliczniutkiego poczwara, który z paskudnego szczeniaka wyrósł w naprawdę pokracznego mieszańca. Wybryk, uparłem się i takie dostał imię. Bo pies ten był wybrykiem natury w czystej postaci, poczynając od maciupkiej nieforemnej głowy z nosem, jakby siłą wciśniętym do środka, dzięki czemu wiecznie załzawione oczy wyłaziły z orbit i groziły nagłym wypadnięciem, szczególnie podczas srania. A srać miał czym, gdyż odbyt zajmował prawie cały, niechlujnie podczepiony do składającej się z paru przykrytych burym kocem żeber klatuni piersiowej zad. Korpus poruszał się na cieniutkich drżących patyczkach, z których tylne były krótsze, więc Wybryk zdawał się szorować dupą po ziemi. To znaczy po chodnikach, bo najbliższa ziemia znajduje się jakieś dwadzieścia kilometrów od naszego osiedla. W linii prostej rzecz jasna.
I tak łaziłem z tym szczuropsem po okolicy co rano i co wieczór, bo Jacuś akurat śpi (pójdziesz kocie?), bo Jacuś akurat nie może, bo coś mu wypadło (no sam widzisz), bo musi coś sprawdzić, bo to, bo sramto. Bo się wstydził. Wiedziałem, że w gruncie rzeczy o to właśnie chodzi. Wstydził się pokazywać z Wybrykiem na osiedlu, albowiem ten paskud nijak nie pasował do jacusiowego wypisz, wymaluj kiej żurnal stajlu, chociaż w tej kwestii miałem akurat odmienne zdanie. Nie mówiłem mu tego jednak, nic nie mówiłem, czasem dla dobra związku lepiej trzymać gębę na kłódkę. Bez słowa brałem smycz, woreczki i szedłem szukać dogodnego miejsca do wyciśnięcia z naszej potwornej tubki srakopasty. Ale, żeby to była pasta! To bym jakoś jeszcze pozbierał. Wybryk jednak miał cały szereg nerwic, w tym nerwicę żołądka, wypluwał więc z siebie rzadkie krzaczki a zbieranie tego z chodnika było właściwie rodzajem gównianego ekspresjonizmu, ok, niech będzie, postimpresjonizmu. Dlatego celowałem w jedyny na naszym pięknym osiedlu skwerek, skąd mogłem zebrać twórczość Wybryka razem ze sporą ilością żwirowiórogleby, co jednak skutkowało tym, że skwerek wyglądał jak miniaturowe pole walki usiane lejami po kału eksplozjach. Tym bardziej, że Wybryk to niejedyny pupil na osiedlu.
O tak, ludzie w betonowych dżunglach bardzo samotne, muszą mieć psie przyjaciele. Ale nie byle jakie, co to, to nie. Dobrze jak przyjaciel jest dobrze urodzony, najlepiej rzadkiej rasy, medal jakiś, lub dwa nie zaszkodzą, no i mały też być nie może. Wielkości kuca, powiedzmy. I oczywiście wszystkie są łagodne, się pan nie boi, nic nie zrobi! Ależ oczywiście, jaki milutki morderca, jak pięknie się szczerzy, ups, chciałem powiedzieć uśmiecha... Na wszelki wypadek noszę przy sobie gaz („w sytuacji zagrożenia wycelować w stronę linii oczu i zdecydowanie wcisnąć dźwignię”), za dużo me oczy widziały bestyj rzucających się na siebie z nieprzytomnie wściekłym psiokwikiem, podczas gdy bezradni właściciele popiskują te swoje siad Ambroży, powiedziałem, siad!
Kultura. Główne zagadnienie dotyczące posiadaczy psów na naszym osiedlu. A dokładnie rzecz ujmując brak kultury, jako swoista subkultura zadziwiająco egalitarnego srariatu, który poddać można wszechstronnym analizom: historycznej – panie, kto to widział, żeby psie kupy zbierać!? Historiozoficznej – nie ma takiej siły panie, co mnie zmusi do zbierania tych gówien. Filozoficznej – a komu zwykłe gówno przeszkadza? Ontologicznej – panie, pies jest po to, żeby srać! Retorycznej – psu pan srać zabronisz? Przyrodoznawczej – to przecie zwykły nawóz, co pan!? Psychologicznej – Jezu! znowu nie wzięłam woreczka, co się ze mną dzieje..? Psychoanalitycznej – mamusiu, nie dotknę tego, nawet przez woreczek! Socjologicznej – inni nie zbierają, a ja mam zbierać!? Wreszcie antropologicznej – nasrane to masz pan we łbie!
Niestety, na nic analizy, na nic cała ta nauka, chodniki jak były zasrane, tak zasrane będą po horyzont i walka z tym, jest jak walka z wiatrakami – piękna na papierze, brzydka (choć epicka) w realu. Co mnie jednak osłabiło najbardziej, to nie jakieś tam gówienko, nie jakaś smętna, wołająca o pomstę do nieba kupencja, ale jabłko. Jabłko w woreczku. Nie powiem, zdarzało mi się zebrać nie swojego psa odchód, taki, za przeproszeniem mam zmysł estetyczny, że lubię, jak jedyny skwerek na osiedlu jest od skwarek wydalniczych wolny. Ale któregoś dnia patrzę, a pośród dogorywających traw kępin leży jabłko. W woreczku. Zduszone nogą jakby, we własnych sokach tonące. I myślę: tego już za wiele. Wiem, w gruncie rzeczy nie takie śmieci ludzie porzucają na pastwiskach publicznych, jednak to biedne jabłko poruszyło mnie do głębi.
Bo co komu ono winne? A pewnie jeszcze ręką matki przygotowane, jakiemuś szczylowi niewdzięcznemu do tornistra wciśnięte, by gówniarz witaminek łyknął, bo mizerny, blady, ciągle przed komputerem siedzi, a ten jebs, jabłko w skwerek, żeby się na oczach ludzi rozkładało, jak się rozkłada jego relacja z matką, bo ojca pewnie i tak nie ma, nawet jak jest. I w tym jabłku wyrzuconym poza nawias ludzkiej rodziny smutek taki był, że mnie w gardle ściskało. Nie mogłem na nie patrzeć normalnie. I postanowiłem owocu owego nie ruszać, żeby był na widoku, żeby w oczy kłuł, żeby przyziemnym pomnikiem upadku wartości się stał.
Ale chyba tylko mnie płód ten zbezczeszczony kłuł, bo jabłko w worku leżało dzień, leżało drugi dzień. Gdzie indziej łaziłem Wybryka załatwiać. A jabłko puchło, brązowiało, miąższarzało, wybałuszało się nawet przez nieczuły plastik. Trzeciego dnia, jako żywo usiadłem i mówię do Jacusia: nie idę. Sam sobie z Wybrykiem wyłaź, mnie to zbrzydło. Pomarudził, pomarudził, ale twardy byłem, jak nigdy. Jak prawie nigdy. I poszedł. Przez okno w kuchni obserwowałem, czy sobie radzą. Radzili sobie całkiem nieźle, tylko Jacuś płochliwy się nagle zrobił, co kładłem na karb owej wstydliwości dizajnerskiej. Ale to nie było to. 
Szybko, za szybko ze skwerku się zwinął, zapomniawszy wydaliny wybryczne worecznie wybrać. Miast tego czmychnął jak niepyszny do klatki. Taki wstyd, wstyd taki! Why, Jacusiu, why mi to robisz!? Nie widzisz, że walczę z całym sąsiedzkim światem, wojuję z psiogówien nieuprzątaczami, a ty, mój ukochany, niczym ostatni cham, srakę na środku skwerku zostawiasz!? Szykowałem się do tyrady, może nawet na kryzys małżeński (i żadne Kubusiu, Kubinku nie pomogą) ale Jacuś jakiś dziwny był w domu.
Najpierw długo o ścianę przy drzwiach wejściowych opierał się, dysząc, a słowa wydusić z siebie nie mógł. Więc tylko wzrokiem pytałem, ale on machnął ręką. Czekałem więc grzecznie. Wreszcie się trochę uspokoił. Rozejrzał wokół, jakby pierwszy raz wszystko widział. Ze zdziwieniem bardziej, niż obrzydzeniem spojrzał na Wybryka, który głowę chował już pod szafką na buty (nerwica wegetatywna). Po chwili mnie także spojrzeniem zaszczycił. Kiwał głową z niedowierzaniem, zaszokowany czymś, poruszony do ostatniego szwu swych lampasiastych getrów.
– Widziałeś? – zapytał wreszcie.
Jak srasz naszym psem i po nim nie sprzątasz? chciałem zapytać, szczęściem postanowiłem tę złośliwość zmilczeć.
– Co?
– W woreczku.
– Jabłko?
Jacuś głowę spuścił.
– Nie. To nie jabłko.
– A co?
Milczał chwilę, ślinę przełknął, wyprostował się i rzucił mi mroczność straszną swymi obłędnymi błękitami
– Koci łeb.

poniedziałek, 20 sierpnia 2018

ŁÓŻKO NIEBIESKIE

Poczekaj. Mówię, poczekaj, człowieku! Wiem, że ci się spieszy, mnie też się spieszy. Żebyś wiedział. Ale najpierw coś ci opowiem. To ważne. Dla mnie. Dasz radę?



To było kilka ładnych lat temu. Rzuciła mnie laska, a może ja rzuciłem laskę. Jakaś taka bzdura. Dość, że zrobiłem sobie z życia plaster miodu. Pitnego, oczywiście. Pracowicie niczym pszczółka zaklejałem etanolem dzień po dniu, tak, że zlały się w jeden lepki ciąg. Ale słodki to miałem jedynie zapach po paru tygodniach. A może miesiącach. Ta, po paru miesiącach przestałem odróżniać jawę od snu. Śniły mi się jakieś niesamowicie długie mieszkania, przez które przeciskałem się przez rozbawioną ciżbę w poszukiwaniu lodówki, szklanki, otwieracza, okna, w którym można zapalić, kolejnej puszki, butelki, zapalniczki, okna, jakiejś laski. Jakiejkolwiek. A trafiałem do kibla. Co akurat było w sam raz, bo mogłem się porządnie wyrzygać. A wyrzygiwałem jakieś znowu długie korytarze, przez które mniej lub bardziej brzydki lachon ciągnął mój zezwłok, by wycisnąć zeń ostatni sok. Co się śmiejesz? Można powiedzieć, że byłem poetą. Poetą taniego podrywu, który, o dziwo działa, i który polega na tym, że dużo pierdolisz. Więc pierdoliłem dużo, białousty mistrz gadki aż klientka zrzucała szmatki. O, tak! Potrafiłem mielić ozorem lepiej niż fiutem, ale kto by na to zwracał uwagę. Najważniejsze, żeby nie przestawać. Więc, mimo śmiertelnego zmęczenia, pierdoliłem. To znaczy ruszałem dupą, a chuj właził w jedną pizdę i wyłaził z innej. Jeb, jeb, jeb, jak jakaś maszyna do szycia pizd. A szyłem coraz grubszymi nićmi. Z początku by gasić płomień. O! Jaki to był płomień. Wydawało się, że nie do ugaszenia. A potem płomień zgasł, a ja pierdoliłem dalej. By coś jeszcze wypić, by coś tam zjeść. By gdzieś umyć dupsko, przeprać gacie, przekimać.  Aż zostałem tym kolesiem, który zostaje po imprezie na podłodze zawinięty w cudzą kurtkę, kawałek koca, dywanu. Albo gazety. Albo klatki schodowej. Tak, klatki schodowe - sny stały się realistyczne, zimno było do bólu prawdziwe. Ale obudziłem się.  

Obudziłem się i poczułem pod policzkiem przyjemny chłód. Nie był to jednak wyślizgany beton schodów. Otworzyłem oczy. Leżałem na niebieskiej, niesamowicie delikatnej w dotyku pościeli. Zanurzałem w niej rozpaloną głowę jak w lekarstwie. To był jakiś ciasnawy pokoik pełen ponurych regałów. Mrok odganiała jedynie mała, zgięta w niskim ukłonie lampka. Ktoś wszedł do środka i przykucnął przy materacu, po którym tarzałem się jak opętany. Podniosłem głowę i świat zawirował. Opuściłem łepetynę z powrotem na poduszkę i świat przestał świrować. Bez wątpienia, gdy unosiłem głowę, byłem kompletnie nawalony, a gdy kładłem ją na tej pościeli, robiłem się kompletnie trzeźwy. Powtórzyłem to kilka razy. Kultura jednak wymagała by do panny zagadać. Musiała to być studentka polonistyki, nie pytaj skąd wiem, takie rzeczy się po prostu wie. Chyba ładna, sądząc po tych częściach twarzy, które udało mi się uchwycić. Trzeba było działać. Zmrużyłem filuternie oko, ale nie był to zbyt dobry pomysł. Spróbowałem więc rzucić parę inteligentnych tekścików o meblościankach, czy gramatyce opisowej, ale wyszło jeszcze gorzej. Pozostało więc tylko jedno. Wsunąłem dłoń między odziane w czarne rajstopy nogi, sięgając ku bielejącemu trójkątowi majtek. Ona spokojnie, choć stanowczo chwyciła moją rękę i odłożyła ją na łóżko. Pogłaskała mnie po czole i powiedziała: nic nie musisz robić. 
Nic nie musisz robić. 
Uwierzyłem jej. Uwierzyłem, jak jeszcze nikomu  w życiu. I dotarło to do mnie z całą mocą. Nic nie muszę. Mogę sobie tu leżeć w tej boskiej pościeli, schowany w półmroku i nie wisi nade mną żaden pierdolony obowiązek. Nic. Ani kropelka. Wtedy ona wstała, pstryknęła coś, zdaje się odtwarzacz CD i wyszła, zamykając za sobą drzwi. Zrobiła to tak delikatnie, tak czule, że ogarnął mnie zdobiony dreszczem błogostan, absolutne odprężenie pogłębiane dotykiem orgazmicznej pościeli. Myślałem, że nic lepszego już mnie w życiu nie spotka. No i wtedy pojawiła się muzyka. Najpierw pojedyncze dźwięki. Pojedyncze dźwięki w idealnych odstępach ciszy. Te dźwięki zbierały się w jednym miejscu i zamieniały w punkt, który był, jak się okazywało jednym z wielu, które znowu spotykały się w innym miejscu, stając się kolejnym punktem i tak w nieskończoność. Po dłuższej chwili zauważyłem, że dzieje się tam jeszcze coś. Ten ruch odbywał się w jedną i drugą stronę. Ale to też nie była cała prawda, bo ten ruch odbywał się we wszystkich kierunkach na raz. Człowieku, to było naprawdę niesamowite! Wtedy też, jak już to wszystko załapałem, zacząłem osuwać się w sen. Bardzo tego nie chciałem, walczyłem ze wszystkich sił, chwytałem się tej pościeli, muzyki, światła, ale przegrałem.
Czekaj! Jeszcze chwilę, to nie potrwa już długo! 

Obudził mnie chłód na policzku. To były moje podeschnięte rzygi. Otworzyłem oczy, a za rogiem już czekał ten słoneczny psychopata z siekierami swoich promieni. Walił na oślep a drzazgi wbijały mi się w mózg. Zerwałem się z wymiętego, zapaskudzonego nie tylko rzygami łóżka. Postałem chwilę w ciasnym przedpokoju składającym się z pięciu czy sześciu par pozamykanych drzwi. Wybrałem drzwi wyjściowe i postanowiłem coś ze sobą zrobić. Zajęło mi to jakiś rok. I nie było łatwo. Każdy łoś ci to powie. Do bagna wchodzisz ze śpiewem na pysku, a wychodzisz z zaciśniętymi zębami. O ile wychodzisz. Ale mnie się udało. Rzuciłem używki, znalazłem nieprzyzwoitą pracę, czyli taką, która zjadała mnie na cały dzień. Bo tego właśnie potrzebowałem. Żeby mnie coś pochłaniało. Więc praca, praca, praca, praca. Dom. A w domu pustka. Wtedy przypomniałem sobie niebieskie łóżko. Przypomniałem sobie raj. I zacząłem szukać. Najpierw pościeli. Stałem się ekspertem od jedwabiu. Chiński, tajski, srajski, jaki chcesz. Mogę opowiadać o tym godzinami. Spokojnie, człowieku. Teraz nie będę, wytrzymaj jeszcze chwilę! Dopiero jak wydałem kupę siana, przyszło mi do tej durnej łepetyny, jaki jedwab! Jaki kurwa jedwab? Przecież to była studentka. Więc wszedłem w syntetyki, w taniochę piździochę, jakieś podejrzane satyny, sztuczne atłasy, pokątne adamaszki. Niebieskie w tysiącu odcieni. Mogłem codziennie zmieniać sobie pościel, ale to i tak nie było to. Nie ta faktura, nie ten chłód, nie ten kolor. Szukałem też muzyki. Zgrałem całą jebaną klasykę, musiałem dokupić dysk. Dziesięć tera. Wiesz ile to jest? Jakieś sto dwadzieścia tysięcy utworów. Mniej więcej. I zarywałem nieraz całe noce przekopując się przez te wszystkie epoki, bo na wszelki wypadek zacząłem od średniowiecza. I nic. Czasem było coś podobnego, ale to przez chwilę, w dwudziestym wieku. Któregoś dnia dotarło do mnie, że to mógł być przecież jakiś współczesny  remiks. I poczułem się bezradny. Coraz bardziej bezradny. Kupowałem nawet hurtowo lampki, nowe, stare, z tradycyjną żarówką, ledową, sredową. Testowałem różne ustawienia, zgięcia, różne rodzaje półcienia. Ale to też nie było to. I po paru ładnych latach dotarło do mnie, że jest tylko jeden sposób, by znowu tam trafić. Oświeciło mnie, że jest tylko jedna droga do tego półmroku. Do tej muzyki. Do niebieskiego łóżka. Tylko jedna droga. Rozumiesz?



Nieważne. No, dalej. Teraz już możesz. Możemy.



Twoje zdrowie, człowieku!

poniedziałek, 21 maja 2018

DZIEWCZYNKI


Stara Witkowska uśmiechnęła się pod wąsem na widok przechodzących przez podwórko dziewczynek. Pewne sprawy jednak pozostają takie same, przemknęło jej przez myśl, gdy śledziła wzrokiem cztery zbite w rozchichotany, pąsów pełen szereg dziesięciolatki. Trzy z nich kojarzyła, bliźniaczki tych spod czwórki, grzeczni ludzie, grzeczne dzieci, ta najmniejsza, to rozpuszczona księżniczka chama Dziewulskiego, oby go pokarało. Czwarta dziewczynka musiała być koleżanką z klasy, może tylko z innego podwórka. Wszystkie były ładnie uczesane, ubrane w jaskrawe koszulki z wycekinowanymi idolami, z ramion dyndały im błyszczące torebki. Dziewczynki i ich tajemnice. Uśmiech Witkowskiej zamarł na ustach, ręce zastygły w cieście na pierogi. W jej oczach odbiły się wspomnienia, niewyraźne z początku, jakieś takie pożółkłe plamy wokół bordowych siniaków. Mama szybko zarzuciła na ramiona bluzkę i uśmiechnęła się przepraszająco. Rozchyliła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie powiedziała nic. Patrzyły na siebie długo, całe wieki, wieki wieków, spisując zmowę milczenia, na amen. A pan Jezus stał na łodzi i pokazywał ręką, ale nie na tych wszystkich bladych, pięknych ludzi. Pokazywał na ojca, bo obok wisiało ich ślubne zdjęcie. Ojciec był wybrany. Kościelny. Skurwysyn. Zdychał w męczarniach, tym bardziej, że zmniejszała mu dawkę morfiny. Jak miała gorszy dzień, nie dostawał nawet miligrama.
Tymczasem dziewczynki już znikały za garażem. Pewnie szły skrótem na pobliskie boisko albo na skwerek, niestety tak daleko lorneta kuchennego okna Witkowskiej nie sięgała. Stara jeszcze przez chwilę gapiła się w pustkę, ze wzajemnością zresztą, a potem zegary znowu poczęły czas i kobieta wróciła do lepienia.


Za garażem chłopaki już czekali. Opierali się o rdzewiejącą ścianę, niby to w wyluzowanych pozach. Piotrowski rządził, najstarszy był, poza tym od dawna palił elektroniki. Obok stał Smalec, największy, najbrzydszy, najgorzej ubrany, potrafił zabić, jak ktoś go nazywał Smalcem. Jeszcze Marczewski z 4b i jakiś blondynek, którego dziewczyny nie kojarzyły. Ten był najbardziej zdenerwowany.
– Co, kurwy przyszedłyście się ruchać? – rzucił Smalec strzykając spomiędzy zębów śliną, dość nieumiejętnie,  gdyż biaława nitka zawisła mu między dolną wargą a podbródkiem. Twardy jednak był, nie starł wstydu.
– Chyba przyszłyście, debilu – powiedziała Kaśka
– Nie ucz ojca dzieci rodzić, pizdo – odgryzł się Smalec. 
          – Chyba ro... – zaczęła Kaśka.
– Przestańcie idioci! – syknął Piotrowski Jak będziecie się tak drzeć, to ktoś nas nakryje. Poza tym nie będzie żadnych dzieci, mamy gumki!
Wyciągnął z saszetki pudełko z prezerwatywami. Z pudełka wyjął trzy kwadratowe, ząbkowane opakowania. Wszyscy wpatrywali się w nie błyszczącymi oczami. Nabożną ciszę przerwała Kaśka.
– A umiecie je zakładać?
– Ale ty jesteś głupia, debilko – z ust Smalca skapywała pogarda.
– Tak? A wy nie umiecie liczyć, bo są tylko trzy, a was jest czterech. I my tak samo.
Bliźniaczki zachichotały. Piotrowski uśmiechnął się szelmowsko i z saszetki wyciągnął jeszcze jedno pudełko prezerwatyw.
– To na co czekacie? – Kaśka była dzisiaj niezłą zdzirą.
– Nie możesz się doczekać ruchania, suko? – Smalec też najwyraźniej się na nią napalał.
– Chyba ty!
– Spierdalaj!
– Spokój, Smalec – Piotrowski jako jedyny w szkole nie bał się tak Smalca nazywać. – Zakładamy.
Chłopcy obrócili się do dziewczyn plecami. Tylko Piotrowski bez trudu rozdarł opakowanie, musiał wcześniej ćwiczyć, reszta męczyła się z niesforną folią, blondynkowi trzeba było nawet pomóc. Bliźniaczki znowu chichotały. Chłopcy próbowali nałożyć prezerwatywy na członki. Trwało to wieki. Dziewczynki zaczęły się nudzić, wyjęły z torebek telefony, Kaśka puściła youtuba.
– Żadnych telefonów, kurwa! Umawialiśmy się! – warknął Piotrowski.
Odwrócił głowę, rzucił Kaśce wściekłe spojrzenie.
– Dobra, dobra, przecież nie robię zdjęć – mruknęła Kaśka, ale i tak pstryknęła fotę, zanim schowała telefon.
Po paru minutach chłopcy odwrócili się. Na ich niedużych, na wpół stwardniałych członkach zwisały zbyt obszerne prezerwatywy. U Piotrowskiego jakoś to jeszcze wyglądało, chociaż zbiorniczek napuchnięty był powietrzem. Krótki, gruby penis Smalca wieńczył pomarszczony czepek, Marczewski przytrzymywał prezerwatywę palcami, by się nie zsunęła. Blondynek zasłaniał siura dłońmi i na nikogo nie patrzył. Kaśka zarżała jak koń, bliźniaczki zachichotały, Mamba, koleżanka Kaśki, która dołączyła się, bo brakowało czwartej, zaczerwieniła się po uszy. Chłopcy też płonęli, w oczach blondynka pojawiły się łzy.
          Po chwili dziewczynki uspokoiły się i spoważniały. Fiutki chłopców zaczęły opadać, zbliżała się katastrofa.
– Co, będziemy tak stać? – sytuację uratowała Kaśka.
Wyminęła sparaliżowanych chłopców, oparła się jedną ręką o rdzewiejącą ścianę, wypięła pupę, drugą ręką podwijając spódniczkę. Zsunęła majtki, ukazując blade pośladki. Obróciła głowę, wwierciła się spojrzeniem w Smalca.
– No, dalej, debile, nie mam całego dnia.
Piotrowski i Smalec popatrzyli na siebie. Potem Smalec ruszył małymi kroczkami, bo nogi pętały mu opuszczone spodnie, ku opartej o ścianę garażu dziewczynce.


Można było odnieść wrażenie, że stary Rzuchowski był dozorcą z zamiłowania. Dawno już minęły czasy, kiedy zatrudniano go na tym stanowisku oficjalnie (i nieoficjalnie, przy okazji, ma się rozumieć), a mimo to, odziany w wypłowiały granatowy fartuch, uzbrojony w miotłę, co rano pojawiał się na podwórku. Miast jednak sprzątać, głównie opierał się o kij i omiatał wzrokiem swoje terytorium. A podwórko zmieniało się, oj, zmieniało. Nie było już ławeczek, na których popołudniami przesiadywali mieszkańcy, pielęgnując dobrosąsiedzkie relacje, podczas, gdy dzieciaki latały po okolicy jak stada umorusanych ptaków. Nie było już mieszkańców, tamtych mieszkańców. Ze starych został tylko on i Witkowska spod piątki. Nowi się nie asymilowali, nie znali się właściwie, ledwie sobie odpowiadali dzień dobry. A już na pewno nie odpowiadali na pozdrowienia Rzuchowskiemu. Przez drzewo. Stary cieć przegrał, bo chciał grać uczciwie. Spór miał toczyć się w radzie dzielnicy, ale Dziewulski, cham spod dwunastki po prostu wyciął piękny, rosnący na środku podwórka dąb. Na własny koszt i na własne ryzyko. Gdy ostatnie gałęzie zostały byle jak upchnięte we wspólnym śmietniku (a kto za to płaci?), podwórko dosłownie zalała fala aut. Parkowały, gdzie się dało, czasem tak, że nie dało się przejść. Ale im to, zdaje się nie przeszkadzało, ba wszyscy wyglądali na zadowolonych, a na Rzuchowskiego patrzyli z góry. Drwili ze starego ciecia, kiedy miotał się po podwórku, biadoląc nad rozjechanym trawnikiem, zablokowanym śmietnikiem, zastawionym garażem. Jego garażem. Mógłby donieść na Dziewulskiego o nielegalną wycinkę, ale wolał się nie wychylać. Blaszana buda była samowolą, tak się przecież kiedyś stawiało garaże. Prędzej, czy później zlikwidują mu i ten garaż, tym bardziej, że od dawna nie miał auta, kogo na to stać w tych czasach?
Rzuchowski walczył z chęcią powrotu do domu, włączenia pudła, napoczęcia nowej paczki słonecznika. Odbiło mu się mieszanką odrazy i niejasnej tęsknoty za żółtawą galaretą pustynnego przedpołudnia. Nie dam się, pomyślał, zaciskając zęby. Twardy jestem. Zgarnął z chodnika parę papierków, cienkie kiepy, które zrzucał z okna pantoflarz spod siódemki, który oficjalnie oczywiście nie palił, ale co noc wychylał się na kilka nerwowych sztachnięć. Zgarnął śmieci na szuflę i podszedł do otoczonego murkiem śmietnika. Kilka worków znowu leżało obok kubłów. To już jest kompletne skurwysyństwo. Żeby nie wrzucić worka do kubła, tylko jebnąć na ziemię! Rzuchowski postanowił, że jednak pierdoli. Wróci do domu, niech się potykają o te swoje brudy. Trzasnął klapą kubła i ruszył w kierunku swojego mieszkania. Jednak z czystej (no, może nie do końca czystej) ciekawości zajrzał jeszcze za garaż. Zazwyczaj nic specjalnego tam nie znajdował, ot kilka puszek po piwie, piersiówkę po cytrynówce, raz, czy dwa cieniutkie strzykaweczki. Ale dzisiaj było coś dziwnego. Prezerwatywy. Nie, żeby prezerwatywy Rzuchowskiego jakoś specjalnie dziwiły, ale cztery? I do tego niezużyte?  Jednak nie to było najdziwniejsze. Najdziwniejsze, a może nawet trochę straszne były ślady na skorodowanej ścianie garażu.
Ślady po łzach.

niedziela, 29 kwietnia 2018

ugotujtosam.pl

tadeo53: pochodze z rodziny niezamoznej wielodziectnej ubogiej jesli chodzi o dochody ale bogatej w miłosć której sie przelewało u nas w domu. to znaczy ze strny matki która była nasza opoka i karmicielka mimo wielkich braków jakich doswiadczaliśmy od począku do końca. Gorzej było ze strony ojca który był brutlany i nieczuły zrówno dla mojego rodzeństwa jak i samej mamtki jego żony prawowitej. Ból który doświadczła ta kobieta był natury morlanej odobelg i poniżania po cielesną kiedy znajdowaliśmy na jej ciele ipod oczami ślady brutalnego traktowania w dzień i w nocy które były najgorsze od krzyków które nie cichneły do świtu. Dlatego ja jako najstarszy z rodzeństwa postanowiłem wykonać krok na który nie zdobył by się nikt inny czyli zabiłem ojca ciosem siekiery w głowę w okolicy czubka. Nie był to jednak koniec koszmau tylko początek bo ojciec nie umarł od tego ciosu tylko żyłdalej stając się jescze gorszym przynajmniej dla mnie bonie ustawały odtąd obelgi jaki jestem niewdzięczny bo mnie sprowadził na ten świat a ja mu odpłaciłem pięknym zanadobne siekierą w czubek głowy. Siedział przy stole i złorzeczył na czym świat stoi siostry mówiły wyjmij mu ta siekierę bo nie umrze nigdy ale ja już byłem jak sparaliżrowany i nie mogłem uszyć się ręką ani nogą tylko czekałem na psrawiedliwość i organy scigania które przybyły dopiero po  wielu godzinach. Policjanci byli bardzo mili o dziwo bo niejedno się słyszało o brutalności mundurowych ale tu nie było nic do zarzucenia. Obadali sprawę i wezwali karetkę. Lekarz nie był juz taki miły uznał że nie mozna usuwać narzędzia bo skończy się to śmiercią i że trzeba prześwietlenia by wiedzeić co dalej. Po prześwitleniu okazałąo się że ojcu niec nie jest poza tym że ma sieikeirę w głowie i że usunięcie jej grozi zgonem a tak może dozyć późnej starości. Co ze mną w takim razie pytałem czy idę siedzieć, ale za co pytają polichanci, noza ojca, wbiłem mu sieikeirę w głowe, ale oni nie chcieli słuchać dostałem mandat za xzakłócane porządku i poszli teraz wiem że wiele spraw zmiastają pod dywan bo imt o tylko papirową robotę robi. I tak zostaliśmy z ojcem i jego siekeirą w głwie aż sławny się zrobił najpirw w okolicy potem telewizja przyjechała w reklamach grał i się nie podzielił tym co mu zapłacili a musiało być niemało bo pił trzy miesiące samego szmpana.tylko że przestał bić, nawet łaskawszym okiem spoglądał na matkę, która też odżyła mając za męża sławnego człowieka zaczeła o siebie dbać i zakłądać lepsze ubrania i makijarz i schudła też chyba dla niego, tylko nam się wiodło gorzej i goerzej bo już nikt o nas nie dbał i wszycsy widnili tylko mnie zato co się stało więc ruszyłem w świat szukać jak to mówią szczęścia ale go nie znalazłem. A ojciec? Po wielu katach juz jako człowiek wieku średniego usłyszałem gdzieś że człowiek ten w zakładzie z innymi pijakami chciał udowodnić że bez tej siekiery w głwowie możr życ i jąwyjął co skończyło się natychmiastowym zgonem czego mu ni e życzyłem bo mu wybaczyłem wcześniej, bo czego się nauczyłem przez te wszystkie lata że wybaczanie to jest podstawa dobrego życia wybaczanie i porządne sniadanie na które sładać się powinno w pierwszym rzędzie porządny chleb zytni na zakwasie przeipis poniżej:

Zaczyn:
60g aktywnego zakwasu żytniego
200g mąki żytnej razowej typ 2000
300 g wody

Wieczorem dnia poprzedniego przed wypiekem składniki wymieszać w naczyniu pozostawić pod
przykryciem na 12 do 14 godz w temperaturze pokojeowej. Naczynie to może być pojemnik
plastykowy tylko pamiętać należy że zaczyn sie powiekszy

Ciasto własciwe:
300 g mąki żytnej razowej typ 2000
1 łyżka soli
2 lyżki mielonego słodu jęczmiennego mocno palonego
120 gram słonecznika
30 sezamu
2 łyżki melasy zczciny cukrowej
Zaczyn z dnia poprzedzjącego
250 g letniej wody

Mąkę wymieszać z solą i słodem i ziarnami nastenie dodać melasę zaczyn i letnią wodę.wymieszać
całośc łyżka aż się połacza skałdniki nie i zostawić na pół godziny. Po tym czasie przełożyć masę do
foremki wysmarowanej olejem albo papierem do piecznia, caość przykryć folią lub zywkła
reklamówką i zostawić w cieple ąz wyrośnie. Piekarnik nagrzać do 230 stopni , chleb wstawić do
piekarnika i piec 15 minut następnie zmniejszyć tempretutrę do 200 stopni piec 30-40 minut. Dpbrze
jest wyciągnąć chleb z fotmy i piec bez niej ostatnie 15 minut i dopiec chcleb bez formy. Gotowy
chleb będzie wydawał po postukaniu do spodu głuchy odgłos.

Kroić dopiero nastęnego dnia.

Pozdrawiam


czwartek, 15 marca 2018

nieznośna reklama bytu

- dzień dobry
- dzień dobry. proszę usiąść. co pana do mnie sprowadza?
- reklamy.
- o, czytał pan nasz tygodnik?
- nie.
- facebook?
- nie, nie o to chodzi.
- to skąd się pan dowiedział o mojej praktyce?
- nie wiem. od znajomego, nieważne. chodzi o reklamy w mojej głowie.
- w pańskiej głowie?
- tak. pojawiają się od jakiegoś czasu.
- pojawiają się?
- tak.
- ale... jak?
- no, po prostu. pojawiają się. zazwyczaj w blokach.
- w blokach?
- w sensie po trzy, cztery. pięć...
- rozumiem. ale zaczęło się od jednej reklamy?
- tak.
- a... czego to była reklama, pamięta pan?
- nie. ja ich właściwie nie pamiętam za bardzo.
- i zaczęło pojawiać się ich coraz więcej?
- tak. po dwie, potem po trzy, cztery... i coraz częściej... co ja mam zrobić?
- spokojnie, coś na pewno wymyślimy. proszę powiedzieć, jak to wygląda?
- co, reklamy?
- nie, jak... w jaki sposób one się pojawiają?
- mówiłem, po prostu. myślę sobie o czymś, myślę, a tu nagle, pstryk i pojawiają się reklamy.
- czyli, po prostu zaczyna pan myśleć o czymś innym.
- nie.
- albo przypominają się panu te reklamy, które pan widział w telewizji, czy w internecie.
- no, właśnie, że nie. nie przypominają mi się. tylko się, jakby wyświetlają.
- w pańskiej głowie?
- tak. i nie mogę nic z tym zrobić.
- hm.
- co pani proponuje?
- może na początek zrezygnuje pan z telewizji?
- już dawno zrezygnowałem, myślałem, że to przez to.
- rozumiem...
- da się coś zrobić?
- o, na pewno. wypadałoby zacząć od bardziej szczegółowego wywiadu.
- wywiadu? ze mną?
- tak. proszę mi opowiedzieć o sobie.
- ale co?
- kim pan jest, gdzie dorastał, czy w dzieciństwie miewał pan jakieś zaburzenia...
- zaburzenia?
- tak. w wieku dziecięcym, lub w okresie dojrzewania często zdarza się... proszę pana?
-
- halo, proszę pana! słyszy mnie pan?
-
- co jest, do cholery. proszę pana!
-
- słyszy mnie pan? wszystko w porządku?
-
- pani iwonko! pani iwonko! pacjent ma jakąś zapaść, proszę wezwać pogotowie!
- pogotowie? coś się stało?
- jezus maria! ależ mnie pan wystraszył! myślałam, że ma pan jakąś zapaść!
- zapaść?
- nagle gdzieś pan odpłynął.
- naprawdę?
- tak! zupełnie pan nie reagował. i oczy miał pan takie szkliste.
- to były one.
- reklamy?
- tak! sama pani widzi, jak to wygląda.
- widzę. przerażające. może być przecież niebezpieczne. jest pan kierowcą?
- jeżdżę rowerem. domyśla się pani co to może być?
- nie... nie w tej chwili. chwileczkę. pani iwonko! już nie trzeba tego pogotowia!
- więc, co to może być?
- na pewno konieczne będą szczegółowe badania, zalecałabym tomografię...
- myśli pani, że to guz?
- nie wiem, może tylko jakaś odmiana epilepsji... miał pan jakiś uraz na tym rowerze?
- nie, jeżdżę bardzo ostrożnie. w przeciwieństwie do tych drogowych wariatów.
- czyli żadnych wypadków w ostatnich miesiącach, latach?
- żadnych. pamiętam ją.
- słucham?
- pamiętam ją.
- co pan pamięta?
- ostatnią reklamę.
- tę którą pan widział przed chwilą?
- tak. nie wiem, może przez tą rozmowę bardziej się skupiłem. pamiętam ją.
- co... co reklamowała?
- nie wiem.
- nie wie pan?
- nie. coś dziwnego. chyba... wszechświat.
- wszechświat?
- no.
- cały?
- nie wiem. nie miał końca.
- rozumiem.
- a ja nie.
- no, tak...
- bo on się rozciągał.
- rozciągał?
- i jednocześnie kurczył.
- o boże.
- wariactwo.
- spokojnie. niech pomyślę... dlaczego... dlaczego pan sądzi, że to reklamy?
- że jak?
- skąd myśl, że to są reklamy. a nie na przykład wizje.
- wizje?
- halucynacje...
- jezu! jak u wariata?
- w pewnym sensie. ale spokojnie, tylko przecież rozmawiamy. skąd pewność, że to reklamy?
- bo... bo są krótkie?
- tak?
- i... jest tam muzyka...
- muzyka?
- tak. dobra muzyka. no i cały klimat. po prostu wygląda to jak reklama.
- sugestywna?
- właśnie! taka żebym to łyknął, zachwycił się, zapamiętał. ale nie pamiętam.
- może pan spróbuje?
- co?
- przypomnieć sobie?
- ale jak?
- położy się pan tu, na tym szezlongu.
- na kozetce? jak w tym dowcipie?
- jakim dowcipie? a, tak, jak w tym dowcipie. proszę się położyć, odprężyć.
- zdjąć buty?
- nie, nie musi pan.
- wygodny.
- cieszę się. proszę uspokoić oddech, zrelaksować się. pozwolić myślom płynąć swobodnie. może...
- jest!
- reklama?
- tak. to znaczy nie. nie ma teraz. ale sobie przypomniałem.
- i co... co przedstawiała?
- serce.
- czerwone?
- chyba. bijące.
- bijące serce?
- tak. i krew. w sensie w żyłach. we wszystkie strony. do najmniejszych zakamarków.
- układ krwionośny.
- o właśnie.
- i muzyka?
- bardziej rytm.
- no, tak.
- ale piękny.
- rozumiem. coś jeszcze się panu przypomina?
- tak...
- proszę mówić!
- ale... tego...
- wstydzi się pan? reklama z elementami erotyki?
- tak jakby...
- proszę się nie krępować.
- penisy.
- elementy falliczne.
- nie wiem, bardzo dużo. nabite jeden na drugi.
- nabite?
- no... tak. i...
- tak?
- jak one... waginy.
- o proszę.
- jak kwiaty. w kwiatach. kwiaty w kwiatach. od zarania...
- od zarania?
- w sensie, od dawna. i razem z tymi...
- penisami?
- penisami, tak, się splatają. w takie, jakby warkocze.
- a muzyka?
- chóry.
- ach, tak.
- następna! 
- słucham uważnie.
- fontanna.
- czynna?
- tak. wychodzą z niej strumienie. żywe.
- żywe?
- tak. ale jak dotykają powierzchni wody to umierają. czarna ta woda.
- czarna woda.
- jakby woda. i...
- i?
- to ja jestem tą fontanną. w sensie, nie rzeźbą, tylko...
- rozumiem.
- tak? bo to jakby rzeźba, ale taka żywa...
- zgadza się.
- co się zgadza?
- wiem już, co panu dolega.
- naprawdę?
- tak, naprawdę. tak można w sumie powiedzieć: choruje pan na prawdę.
- nie rozumiem. może pani jaśniej?
- jasne. to nie są reklamy, to co pan widzi.
- nie?
- nie. to jest prawda.
- jaka prawda?
- naga, że tak powiem.
- o czym pani mówi?
- mówię o... wszystkim, o życiu, o przemijaniu, o...
- czyli jednak choroba?
- raczej dar.
- dar?
- widzi pan, to czego zazwyczaj nie dostrzegamy.
- ale po co?
- jak to, po co?
- po co mam to widzieć?
- no... nie wiem... bo to piękne? bo jest tam muzyka..?
- piękne, nie piękne, przeszkadza mi.
- przeszkadza panu?
- przecież mówię! sama pani widziała. nie chcę tego. czemu pani płacze?
- nie wiem.
- niech się pani uspokoi.
- oczywiście.
- skoro już pani wie, co to, to co mi pani radzi?
- ja...
- dalej pani płacze.
- wiem. przepraszam. to takie... wzruszające.
- moja choroba?
- już. już jestem spokojna.
- co mam robić?
- nic.
- nic?
- myślę, że to najlepsza strategia.
- nic nie robić?
- tak. niech pan nie zwraca na to uwagi, nie przejmuje się. powinno samo przejść.
- i tyle?
- myślę, że tak.
- nie myśleć, nie przejmować się?
- to, wbrew pozorom nie takie łatwe. wymaga pewnej samodyscypliny.
- samodyscypliny...
- zgadza się.
- i to wszystko?
- raczej tak.
- a nie ma... jakichś pigułek na to?
- nie wiem, nie sądzę. ale mogę pana umówić z zaprzyjaźnionym psychiatrą.
- z psychiatrą? nie, nie. dziękuję.
- to przecież lekarz.
- spróbuję z samodyscypliną.
- jak pan chce.
- czyli to wszystko?
- sądzę, że na dzisiaj tak.
- minęła już godzina?
- prawie.
- okej. to dziękuję bardzo. płacę u tej pani w recepcji?
- tak, pani iwonka przyjmuje płatności.
- 100 złotych?
- 150.
- ale znajomy mi mówił...
- pierwsza wizyta kosztuje więcej. następne są tańsze.
- aha...następne...
- wie pan, to nie będzie raczej konieczne. jeśli uda się panu samodzielnie...
- o, pewnie się uda.
- pewnie tak.
- to... dziękuję bardzo.
- i ja dziękuję.
- do widzenia.
- do widzenia.
 






Koci łeb

Wiedziałem, że to się tak skończy. Że cały ten pies i związane z nim obowiązki spadną na mnie. Dlatego od początku byłem przeciwny, ale J...