poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Z WIZYTĄ W CENTRUM ONKOLOGII


Drzwi windy zamknęły się za mną bezszelestnie. No, tak, przecież to nowiuteńki, do tego bardzo nowoczesny budynek, ledwie parę miesięcy temu oddany do użytkowania. Windy, siłą rzeczy będą tu ciche. I delikatne – nie poczułem nawet, że ruszamy. Bez jednego drgnięcia kabina wspinała się ku ostatniemu piętru. Kątem oka obserwowałem współpasażerów. Miękka cisza potęgowała konsternację jaka zwykle obejmuje obcych sobie ludzi umieszczonych nagle zbyt blisko w zamkniętej przestrzeni. Aż było słychać nasze oddechy. Wyraźne, cierpliwe, idealne. Mój Boże, jak my w tej windzie pięknie oddychaliśmy!

poniedziałek, 21 maja 2018

DZIEWCZYNKI


Stara Witkowska uśmiechnęła się pod wąsem na widok przechodzących przez podwórko dziewczynek. Pewne sprawy jednak pozostają takie same, przemknęło jej przez myśl, gdy śledziła wzrokiem cztery zbite w rozchichotany, pąsów pełen szereg dziesięciolatki. Trzy z nich kojarzyła, bliźniaczki tych spod czwórki, grzeczni ludzie, grzeczne dzieci, ta najmniejsza, to rozpuszczona księżniczka chama Dziewulskiego, oby go pokarało. Czwarta dziewczynka musiała być koleżanką z klasy, może tylko z innego podwórka. Wszystkie były ładnie uczesane, ubrane w jaskrawe koszulki z wycekinowanymi idolami, z ramion dyndały im błyszczące torebki. Dziewczynki i ich tajemnice. Uśmiech Witkowskiej zamarł na ustach, ręce zastygły w cieście na pierogi. W jej oczach odbiły się wspomnienia, niewyraźne z początku, jakieś takie pożółkłe plamy wokół bordowych siniaków. Mama szybko zarzuciła na ramiona bluzkę i uśmiechnęła się przepraszająco. Rozchyliła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie powiedziała nic. Patrzyły na siebie długo, całe wieki, wieki wieków, spisując zmowę milczenia, na amen. A pan Jezus stał na łodzi i pokazywał ręką, ale nie na tych wszystkich bladych, pięknych ludzi. Pokazywał na ojca, bo obok wisiało ich ślubne zdjęcie. Ojciec był wybrany. Kościelny. Skurwysyn. Zdychał w męczarniach, tym bardziej, że zmniejszała mu dawkę morfiny. Jak miała gorszy dzień, nie dostawał nawet miligrama.
Tymczasem dziewczynki już znikały za garażem. Pewnie szły skrótem na pobliskie boisko albo na skwerek, niestety tak daleko lorneta kuchennego okna Witkowskiej nie sięgała. Stara jeszcze przez chwilę gapiła się w pustkę, ze wzajemnością zresztą, a potem zegary znowu poczęły czas i kobieta wróciła do lepienia.


Za garażem chłopaki już czekali. Opierali się o rdzewiejącą ścianę, niby to w wyluzowanych pozach. Piotrowski rządził, najstarszy był, poza tym od dawna palił elektroniki. Obok stał Smalec, największy, najbrzydszy, najgorzej ubrany, potrafił zabić, jak ktoś go nazywał Smalcem. Jeszcze Marczewski z 4b i jakiś blondynek, którego dziewczyny nie kojarzyły. Ten był najbardziej zdenerwowany.
– Co, kurwy przyszedłyście się ruchać? – rzucił Smalec strzykając spomiędzy zębów śliną, dość nieumiejętnie,  gdyż biaława nitka zawisła mu między dolną wargą a podbródkiem. Twardy jednak był, nie starł wstydu.
– Chyba przyszłyście, debilu – powiedziała Kaśka
– Nie ucz ojca dzieci rodzić, pizdo – odgryzł się Smalec. 
          – Chyba ro... – zaczęła Kaśka.
– Przestańcie idioci! – syknął Piotrowski Jak będziecie się tak drzeć, to ktoś nas nakryje. Poza tym nie będzie żadnych dzieci, mamy gumki!
Wyciągnął z saszetki pudełko z prezerwatywami. Z pudełka wyjął trzy kwadratowe, ząbkowane opakowania. Wszyscy wpatrywali się w nie błyszczącymi oczami. Nabożną ciszę przerwała Kaśka.
– A umiecie je zakładać?
– Ale ty jesteś głupia, debilko – z ust Smalca skapywała pogarda.
– Tak? A wy nie umiecie liczyć, bo są tylko trzy, a was jest czterech. I my tak samo.
Bliźniaczki zachichotały. Piotrowski uśmiechnął się szelmowsko i z saszetki wyciągnął jeszcze jedno pudełko prezerwatyw.
– To na co czekacie? – Kaśka była dzisiaj niezłą zdzirą.
– Nie możesz się doczekać ruchania, suko? – Smalec też najwyraźniej się na nią napalał.
– Chyba ty!
– Spierdalaj!
– Spokój, Smalec – Piotrowski jako jedyny w szkole nie bał się tak Smalca nazywać. – Zakładamy.
Chłopcy obrócili się do dziewczyn plecami. Tylko Piotrowski bez trudu rozdarł opakowanie, musiał wcześniej ćwiczyć, reszta męczyła się z niesforną folią, blondynkowi trzeba było nawet pomóc. Bliźniaczki znowu chichotały. Chłopcy próbowali nałożyć prezerwatywy na członki. Trwało to wieki. Dziewczynki zaczęły się nudzić, wyjęły z torebek telefony, Kaśka puściła youtuba.
– Żadnych telefonów, kurwa! Umawialiśmy się! – warknął Piotrowski.
Odwrócił głowę, rzucił Kaśce wściekłe spojrzenie.
– Dobra, dobra, przecież nie robię zdjęć – mruknęła Kaśka, ale i tak pstryknęła fotę, zanim schowała telefon.
Po paru minutach chłopcy odwrócili się. Na ich niedużych, na wpół stwardniałych członkach zwisały zbyt obszerne prezerwatywy. U Piotrowskiego jakoś to jeszcze wyglądało, chociaż zbiorniczek napuchnięty był powietrzem. Krótki, gruby penis Smalca wieńczył pomarszczony czepek, Marczewski przytrzymywał prezerwatywę palcami, by się nie zsunęła. Blondynek zasłaniał siura dłońmi i na nikogo nie patrzył. Kaśka zarżała jak koń, bliźniaczki zachichotały, Mamba, koleżanka Kaśki, która dołączyła się, bo brakowało czwartej, zaczerwieniła się po uszy. Chłopcy też płonęli, w oczach blondynka pojawiły się łzy.
          Po chwili dziewczynki uspokoiły się i spoważniały. Fiutki chłopców zaczęły opadać, zbliżała się katastrofa.
– Co, będziemy tak stać? – sytuację uratowała Kaśka.
Wyminęła sparaliżowanych chłopców, oparła się jedną ręką o rdzewiejącą ścianę, wypięła pupę, drugą ręką podwijając spódniczkę. Zsunęła majtki, ukazując blade pośladki. Obróciła głowę, wwierciła się spojrzeniem w Smalca.
– No, dalej, debile, nie mam całego dnia.
Piotrowski i Smalec popatrzyli na siebie. Potem Smalec ruszył małymi kroczkami, bo nogi pętały mu opuszczone spodnie, ku opartej o ścianę garażu dziewczynce.


Można było odnieść wrażenie, że stary Rzuchowski był dozorcą z zamiłowania. Dawno już minęły czasy, kiedy zatrudniano go na tym stanowisku oficjalnie (i nieoficjalnie, przy okazji, ma się rozumieć), a mimo to, odziany w wypłowiały granatowy fartuch, uzbrojony w miotłę, co rano pojawiał się na podwórku. Miast jednak sprzątać, głównie opierał się o kij i omiatał wzrokiem swoje terytorium. A podwórko zmieniało się, oj, zmieniało. Nie było już ławeczek, na których popołudniami przesiadywali mieszkańcy, pielęgnując dobrosąsiedzkie relacje, podczas, gdy dzieciaki latały po okolicy jak stada umorusanych ptaków. Nie było już mieszkańców, tamtych mieszkańców. Ze starych został tylko on i Witkowska spod piątki. Nowi się nie asymilowali, nie znali się właściwie, ledwie sobie odpowiadali dzień dobry. A już na pewno nie odpowiadali na pozdrowienia Rzuchowskiemu. Przez drzewo. Stary cieć przegrał, bo chciał grać uczciwie. Spór miał toczyć się w radzie dzielnicy, ale Dziewulski, cham spod dwunastki po prostu wyciął piękny, rosnący na środku podwórka dąb. Na własny koszt i na własne ryzyko. Gdy ostatnie gałęzie zostały byle jak upchnięte we wspólnym śmietniku (a kto za to płaci?), podwórko dosłownie zalała fala aut. Parkowały, gdzie się dało, czasem tak, że nie dało się przejść. Ale im to, zdaje się nie przeszkadzało, ba wszyscy wyglądali na zadowolonych, a na Rzuchowskiego patrzyli z góry. Drwili ze starego ciecia, kiedy miotał się po podwórku, biadoląc nad rozjechanym trawnikiem, zablokowanym śmietnikiem, zastawionym garażem. Jego garażem. Mógłby donieść na Dziewulskiego o nielegalną wycinkę, ale wolał się nie wychylać. Blaszana buda była samowolą, tak się przecież kiedyś stawiało garaże. Prędzej, czy później zlikwidują mu i ten garaż, tym bardziej, że od dawna nie miał auta, kogo na to stać w tych czasach?
Rzuchowski walczył z chęcią powrotu do domu, włączenia pudła, napoczęcia nowej paczki słonecznika. Odbiło mu się mieszanką odrazy i niejasnej tęsknoty za żółtawą galaretą pustynnego przedpołudnia. Nie dam się, pomyślał, zaciskając zęby. Twardy jestem. Zgarnął z chodnika parę papierków, cienkie kiepy, które zrzucał z okna pantoflarz spod siódemki, który oficjalnie oczywiście nie palił, ale co noc wychylał się na kilka nerwowych sztachnięć. Zgarnął śmieci na szuflę i podszedł do otoczonego murkiem śmietnika. Kilka worków znowu leżało obok kubłów. To już jest kompletne skurwysyństwo. Żeby nie wrzucić worka do kubła, tylko jebnąć na ziemię! Rzuchowski postanowił, że jednak pierdoli. Wróci do domu, niech się potykają o te swoje brudy. Trzasnął klapą kubła i ruszył w kierunku swojego mieszkania. Jednak z czystej (no, może nie do końca czystej) ciekawości zajrzał jeszcze za garaż. Zazwyczaj nic specjalnego tam nie znajdował, ot kilka puszek po piwie, piersiówkę po cytrynówce, raz, czy dwa cieniutkie strzykaweczki. Ale dzisiaj było coś dziwnego. Prezerwatywy. Nie, żeby prezerwatywy Rzuchowskiego jakoś specjalnie dziwiły, ale cztery? I do tego niezużyte?  Jednak nie to było najdziwniejsze. Najdziwniejsze, a może nawet trochę straszne były ślady na skorodowanej ścianie garażu.
Ślady po łzach.

niedziela, 29 kwietnia 2018

ugotujtosam.pl

tadeo53: pochodze z rodziny niezamoznej wielodziectnej ubogiej jesli chodzi o dochody ale bogatej w miłosć której sie przelewało u nas w domu. to znaczy ze strny matki która była nasza opoka i karmicielka mimo wielkich braków jakich doswiadczaliśmy od począku do końca. Gorzej było ze strony ojca który był brutlany i nieczuły zrówno dla mojego rodzeństwa jak i samej mamtki jego żony prawowitej. Ból który doświadczła ta kobieta był natury morlanej odobelg i poniżania po cielesną kiedy znajdowaliśmy na jej ciele ipod oczami ślady brutalnego traktowania w dzień i w nocy które były najgorsze od krzyków które nie cichneły do świtu. Dlatego ja jako najstarszy z rodzeństwa postanowiłem wykonać krok na który nie zdobył by się nikt inny czyli zabiłem ojca ciosem siekiery w głowę w okolicy czubka. Nie był to jednak koniec koszmau tylko początek bo ojciec nie umarł od tego ciosu tylko żyłdalej stając się jescze gorszym przynajmniej dla mnie bonie ustawały odtąd obelgi jaki jestem niewdzięczny bo mnie sprowadził na ten świat a ja mu odpłaciłem pięknym zanadobne siekierą w czubek głowy. Siedział przy stole i złorzeczył na czym świat stoi siostry mówiły wyjmij mu ta siekierę bo nie umrze nigdy ale ja już byłem jak sparaliżrowany i nie mogłem uszyć się ręką ani nogą tylko czekałem na psrawiedliwość i organy scigania które przybyły dopiero po  wielu godzinach. Policjanci byli bardzo mili o dziwo bo niejedno się słyszało o brutalności mundurowych ale tu nie było nic do zarzucenia. Obadali sprawę i wezwali karetkę. Lekarz nie był juz taki miły uznał że nie mozna usuwać narzędzia bo skończy się to śmiercią i że trzeba prześwietlenia by wiedzeić co dalej. Po prześwitleniu okazałąo się że ojcu niec nie jest poza tym że ma sieikeirę w głowie i że usunięcie jej grozi zgonem a tak może dozyć późnej starości. Co ze mną w takim razie pytałem czy idę siedzieć, ale za co pytają polichanci, noza ojca, wbiłem mu sieikeirę w głowe, ale oni nie chcieli słuchać dostałem mandat za xzakłócane porządku i poszli teraz wiem że wiele spraw zmiastają pod dywan bo imt o tylko papirową robotę robi. I tak zostaliśmy z ojcem i jego siekeirą w głwie aż sławny się zrobił najpirw w okolicy potem telewizja przyjechała w reklamach grał i się nie podzielił tym co mu zapłacili a musiało być niemało bo pił trzy miesiące samego szmpana.tylko że przestał bić, nawet łaskawszym okiem spoglądał na matkę, która też odżyła mając za męża sławnego człowieka zaczeła o siebie dbać i zakłądać lepsze ubrania i makijarz i schudła też chyba dla niego, tylko nam się wiodło gorzej i goerzej bo już nikt o nas nie dbał i wszycsy widnili tylko mnie zato co się stało więc ruszyłem w świat szukać jak to mówią szczęścia ale go nie znalazłem. A ojciec? Po wielu katach juz jako człowiek wieku średniego usłyszałem gdzieś że człowiek ten w zakładzie z innymi pijakami chciał udowodnić że bez tej siekiery w głwowie możr życ i jąwyjął co skończyło się natychmiastowym zgonem czego mu ni e życzyłem bo mu wybaczyłem wcześniej, bo czego się nauczyłem przez te wszystkie lata że wybaczanie to jest podstawa dobrego życia wybaczanie i porządne sniadanie na które sładać się powinno w pierwszym rzędzie porządny chleb zytni na zakwasie przeipis poniżej:

Zaczyn:
60g aktywnego zakwasu żytniego
200g mąki żytnej razowej typ 2000
300 g wody

Wieczorem dnia poprzedniego przed wypiekem składniki wymieszać w naczyniu pozostawić pod
przykryciem na 12 do 14 godz w temperaturze pokojeowej. Naczynie to może być pojemnik
plastykowy tylko pamiętać należy że zaczyn sie powiekszy

Ciasto własciwe:
300 g mąki żytnej razowej typ 2000
1 łyżka soli
2 lyżki mielonego słodu jęczmiennego mocno palonego
120 gram słonecznika
30 sezamu
2 łyżki melasy zczciny cukrowej
Zaczyn z dnia poprzedzjącego
250 g letniej wody

Mąkę wymieszać z solą i słodem i ziarnami nastenie dodać melasę zaczyn i letnią wodę.wymieszać
całośc łyżka aż się połacza skałdniki nie i zostawić na pół godziny. Po tym czasie przełożyć masę do
foremki wysmarowanej olejem albo papierem do piecznia, caość przykryć folią lub zywkła
reklamówką i zostawić w cieple ąz wyrośnie. Piekarnik nagrzać do 230 stopni , chleb wstawić do
piekarnika i piec 15 minut następnie zmniejszyć tempretutrę do 200 stopni piec 30-40 minut. Dpbrze
jest wyciągnąć chleb z fotmy i piec bez niej ostatnie 15 minut i dopiec chcleb bez formy. Gotowy
chleb będzie wydawał po postukaniu do spodu głuchy odgłos.

Kroić dopiero nastęnego dnia.

Pozdrawiam


czwartek, 15 marca 2018

nieznośna reklama bytu

- dzień dobry
- dzień dobry. proszę usiąść. co pana do mnie sprowadza?
- reklamy.
- o, czytał pan nasz tygodnik?
- nie.
- facebook?
- nie, nie o to chodzi.
- to skąd się pan dowiedział o mojej praktyce?
- nie wiem. od znajomego, nieważne. chodzi o reklamy w mojej głowie.
- w pańskiej głowie?
- tak. pojawiają się od jakiegoś czasu.
- pojawiają się?
- tak.
- ale... jak?
- no, po prostu. pojawiają się. zazwyczaj w blokach.
- w blokach?
- w sensie po trzy, cztery. pięć... jezus maria!
- co się stało?
- właśnie sobie uświadomiłem, że to rośnie.
- co rośnie?
- ilość reklam! najpierw była jedna. a i to rzadko.
- czyli zaczęło się od jednej reklamy?
- tak. ale to myślałem, że mi się po prostu przypominało.
- przypominało?
- tak, tak jak się nieraz coś przypomina, piosenka, czy coś.
- a... czego to była reklama, pamięta pan?
- nie. ja ich właściwie nie pamiętam za bardzo.
- i zaczęło pojawiać się ich coraz więcej?
- tak. po dwie, potem po trzy, cztery... i coraz częściej... co ja mam zrobić?
- spokojnie, coś na pewno wymyślimy. proszę powiedzieć, jak to wygląda?
- co, reklamy?
- nie, jak... w jaki sposób one się pojawiają?
- mówiłem, po prostu. myślę sobie o czymś, myślę, a tu nagle, pstryk i pojawiają się reklamy.
- czyli, po prostu zaczyna pan myśleć o czymś innym.
- nie.
- albo przypominają się panu te reklamy, które pan widział w telewizji, czy w internecie.
- no, właśnie, że nie. nie przypominają mi się. tylko się, jakby wyświetlają.
- w pańskiej głowie?
- tak. i nie mogę nic z tym zrobić.
- hm.
- co pani proponuje?
- może na początek zrezygnuje pan z telewizji?
- już dawno zrezygnowałem, myślałem, że to przez to.
- rozumiem...
- da się coś zrobić?
- o, na pewno. wypadałoby zacząć od bardziej szczegółowego wywiadu.
- wywiadu? ze mną?
- tak. proszę mi opowiedzieć o sobie.
- ale co?
- kim pan jest, gdzie dorastał, czy w dzieciństwie miewał pan jakieś zaburzenia...
- zaburzenia?
- tak. w wieku dziecięcym, lub w okresie dojrzewania często zdarza się... proszę pana?
-
- halo, proszę pana! słyszy mnie pan?
-
- co jest, do cholery. proszę pana!
-
- słyszy mnie pan? wszystko w porządku?
-
- pani iwonko! pani iwonko! pacjent ma jakąś zapaść, proszę wezwać pogotowie!
- pogotowie? coś się stało?
- jezus maria! ależ mnie pan wystraszył! myślałam, że ma pan jakąś zapaść!
- zapaść?
- nagle gdzieś pan odpłynął.
- naprawdę?
- tak! przestał odpowiadać, zupełnie pan nie reagował. i oczy miał pan takie szkliste.
- to były one.
- reklamy?
- tak! sama pani widzi, jak to wygląda.
- widzę. przerażające. może być przecież niebezpieczne. jest pan kierowcą?
- jeżdżę rowerem. domyśla się pani co to może być?
- nie... nie w tej chwili. chwileczkę. pani iwonko! już nie trzeba tego pogotowia!
- więc, co to może być?
- na pewno konieczne będą szczegółowe badania, zalecałabym tomografię...
- myśli pani, że to guz?
- nie wiem, może tylko jakaś odmiana epilepsji... miał pan jakiś uraz na tym rowerze?
- nie, jeżdżę bardzo ostrożnie. w przeciwieństwie do tych drogowych wariatów.
- czyli żadnych wypadków w ostatnich miesiącach, latach?
- żadnych. pamiętam ją.
- słucham?
- pamiętam ją.
- co pan pamięta?
- ostatnią reklamę.
- tę którą pan widział przed chwilą?
- tak. nie wiem, może przez tą rozmowę bardziej się skupiłem. pamiętam ją.
- co... co reklamowała?
- nie wiem.
- nie wie pan?
- nie. coś dziwnego. chyba... wszechświat.
- wszechświat?
- no.
- cały?
- nie wiem. nie miał końca.
- rozumiem.
- a ja nie.
- no, tak, rozumiem.
- bo on się rozciągał.
- rozciągał?
- i jednocześnie kurczył.
- o boże.
- wariactwo.
- spokojnie. niech pomyślę... dlaczego... dlaczego pan sądzi, że to reklamy?
- że jak?
- skąd myśl, że to są reklamy. a nie na przykład wizje.
- wizje?
- halucynacje...
- jezu! jak u wariata?
- w pewnym sensie. ale spokojnie, tylko przecież rozmawiamy. skąd pewność, że to reklamy?
- bo... bo są krótkie?
- tak?
- i... jest tam muzyka...
- muzyka?
- tak. dobra muzyka. no i cały klimat. po prostu wygląda to jak reklama.
- sugestywna?
- właśnie! taka żebym to łyknął, zachwycił się, zapamiętał. ale nie pamiętam.
- może pan spróbuje?
- co?
- przypomnieć sobie?
- ale jak?
- położy się pan tu, na tym szezlongu.
- na kozetce? jak w tym dowcipie?
- jakim dowcipie? a, tak, jak w tym dowcipie. proszę się położyć, odprężyć.
- zdjąć buty?
- nie, nie musi pan.
- wygodny.
- cieszę się. proszę uspokoić oddech, zrelaksować się. pozwolić myślom płynąć swobodnie. może...
- jest!
- reklama?
- tak. to znaczy nie. nie ma teraz. ale sobie przypomniałem.
- i co... co przedstawiała?
- serce.
- czerwone?
- chyba. bijące.
- bijące serce?
- tak. i krew. w sensie w żyłach. we wszystkie strony. do najmniejszych zakamarków.
- układ krwionośny.
- o właśnie.
- i muzyka?
- bardziej rytm.
- no, tak.
- ale piękny.
- rozumiem. coś jeszcze się panu przypomina?
- tak...
- proszę mówić!
- ale... tego...
- wstydzi się pan? reklama z elementami erotyki?
- tak jakby...
- proszę się nie krępować.
- penisy.
- elementy falliczne.
- nie wiem, bardzo dużo. nabite jeden na drugi.
- nabite?
- no... tak. i...
- tak?
- jak one... waginy.
- o proszę.
- jak kwiaty. w kwiatach. kwiaty w kwiatach. od zarania...
- od zarania?
- w sensie, od dawna. i razem z tymi...
- penisami?
- penisami, tak, się splatają. w takie, jakby warkocze.
- a muzyka?
- chóry.
- ach, tak.
- następna! 
- słucham uważnie.
- fontanna.
- czynna?
- tak. wychodzą z niej strumienie. żywe.
- żywe?
- tak. ale jak dotykają powierzchni wody to umierają. czarna ta woda.
- czarna woda.
- jakby woda. i...
- i?
- to ja jestem tą fontanną. w sensie, nie rzeźbą, tylko...
- rozumiem.
- tak? bo to jakby rzeźba, ale taka żywa...
- zgadza się.
- co się zgadza?
- wiem już, co panu dolega.
- naprawdę?
- tak, naprawdę. tak można w sumie powiedzieć: choruje pan na prawdę.
- nie rozumiem. może pani jaśniej?
- jasne. to nie są reklamy, to co pan widzi.
- nie?
- nie. to jest prawda.
- jaka prawda?
- naga, że tak powiem.
- o czym pani mówi?
- mówię o... wszystkim, o życiu, o przemijaniu, o...
- czyli jednak choroba?
- raczej dar.
- dar?
- widzi pan, to czego zazwyczaj nie dostrzegamy.
- ale po co?
- jak to, po co?
- po co mam to widzieć?
- no... nie wiem... bo to piękne? bo jest tam muzyka..?
- piękne, nie piękne, przeszkadza mi.
- przeszkadza panu?
- przecież mówię! sama pani widziała. nie chcę tego. czemu pani płacze?
- nie wiem.
- niech się pani uspokoi.
- oczywiście.
- skoro już pani wie, co to, to co mi pani radzi?
- ja...
- dalej pani płacze.
- wiem. przepraszam. to takie... wzruszające.
- moja choroba?
- już. już jestem spokojna.
- co mam robić?
- nic.
- nic?
- myślę, że to najlepsza strategia.
- nic nie robić?
- tak. niech pan nie zwraca na to uwagi, nie przejmuje się. powinno samo przejść.
- i tyle?
- myślę, że tak.
- nie myśleć, nie przejmować się?
- to, wbrew pozorom nie takie łatwe. wymaga pewnej samodyscypliny.
- samodyscypliny...
- zgadza się.
- i to wszystko?
- raczej tak.
- a nie ma... jakichś pigułek na to?
- nie wiem, nie sądzę. ale mogę pana umówić z zaprzyjaźnionym psychiatrą.
- z psychiatrą? nie, nie. dziękuję.
- to przecież lekarz.
- spróbuję z samodyscypliną.
- jak pan chce.
- czyli to wszystko?
- sądzę, że na dzisiaj tak.
- minęła już godzina?
- prawie.
- okej. to dziękuję bardzo. płacę u tej pani w recepcji?
- tak, pani iwonka przyjmuje płatności.
- 100 złotych?
- 150.
- ale znajomy mi mówił...
- pierwsza wizyta kosztuje więcej. następne są tańsze.
- aha...następne...
- wie pan, to nie będzie raczej konieczne. jeśli uda się panu samodzielnie...
- o, pewnie się uda.
- pewnie tak.
- to... dziękuję bardzo.
- i ja dziękuję.
- do widzenia.
- do widzenia.
 






środa, 10 stycznia 2018

adm i ava

ava przyniosla dzisiaj cos dziwnego i mowi ze to dziecko
ava: twoje dziecko
ja: klamiesz
ava: glupi
i kladzie mi to na klawiature
moj boze myslalen ze ja zabije 
akurat robilem cos waznego
dziecko zrobilo sie czerwone i krzyczy
wrzucilem to do kosza
krzyczalo bardziej
zakrylem je boxami po zarciu
ucichlo
ava placze
mowi ze nie da mi drugiego dziecka
sie smialem
g;upia
weszla na skypa
i gada z glupolami
ja nie mam czasu na glupoty bo serwery klekly
wszyscy ciagna i ciagbna
a potem adm zrob cos adm napraw to
a co ja wszechmocny jestem czy co
wciskalem co sie dalo i chyba sie udalo
serwery znowu wolne
wraca ava 
ja: co tam
ava: nic
ja: ok
ava: ok
ja: to ok
a ona mnie wali czyms w glowe
czarno mi sie robi przed oczami
jeszcze chce sie wylogowac
ale nie zdazyl
teraz siedzi przywiazany do krzesla
i zobaczy
zobaczy jak to jest jak wylaczasz komus cos waznego
chwytam za wtyczke
ja: wylacze
adm: nie blagam nie 
ja: ty mi wylaczyles dziecko
adm: bo krzyczlo
ja: to ty tez teraz krzycz
adm: aaaaaaaaa
ja: wylaczam
adm: aaaaaaaaa
ja: dobra zartowalam
i wtedy znowu mnie sciagnela 
do ostaniego pixcela
glupia


piątek, 22 grudnia 2017

Siebiezna osobista

Była sobie kobiecina mężna, choć niezamężna. W sile wieku, choć dość już zmęczona. Ani ładna, ani brzydka, ani głęboka, ani płytka. Można by rzec: całkiem zwykła, choć miała swoje za uszami (oprócz włosów, które tak a nie inaczej zaczesywała). Tylko, kto nie ma? Łysi..? Dobra, dobra, bez żartów. Każdy przecież coś tam przeskrobał, ta kobieta akurat w siódmym tygodniu. Stare dzieje. A liczy się teraz. I tu: mieszkała w małym domku na niewielkim wzgórzu, z dala od miasteczka. Trochę dlatego, że tak wyszło, a trochę, bo taką miała fantazję. Często mawiała: ze wszystkich ludzi których znam, siebie znam najmniej więcej. Po dniu ciężkiej pracy lubiła siadać na ławeczce przed domem i pykać fajkę. Pewnego listopadowego popołudnia tak właśnie sobie siedziała i wypuszczała obłoczki dymu, przyglądając im się życzliwie. Mniej przyjaźnie spogląda na zasłaniające niebo chmury.
– Hej, chmury! – zawołała. – Od wielu dni zasłaniacie niebo, słońca przez was nie widać, nie możecie sobie gdzieś pójść?
– Oszalałaś kobieto? My tu się rządzimy prawami natury, możesz nam skoczyć! – odkrzyknęły chmury i pokazały jej jęzory.
Całkiem przemoczona kobiecina schowała się w domku. Rozwiesiła spodnie w pobliżu pieca, wytarła włosy ręcznikiem. Nabiła fajkę świeżym tytoniem i mruknęła pod nosem:
– Już ja wam pokażę...
Uchyliła drzwi do spiżarki. Światło padło na odrobinę senne, gotowe jednak przemaszerować przez nadchodzącą zimę weki. Długo się namyślała, nim sięgnęła po słoik z kompotem śliwkowym. Kompot przelała do garnka, śliwki przełożyła do miski, jedną tylko wkładając sobie do ust. Dobrze wyciumkaną pestkę wrzuciła do pustego słoja. Nałożyła wciąż wilgne spodnie na solidną pupę i wyszła przed domek.
– Hej, chmury! – krzyknęła. – Idę o zakład, że nie dacie rady pocałować tej oto pestki!
A chmury na to:
– Co!? My nie damy rady? Pa na to!  
I jedna po drugiej wlatywały do szklanej pułapki, by pocałować pestkę. A gdy już wszystkie były w środku, kobieta szybko zakręciła słoik. Postawiła go na ławeczce, usiadła obok, potarła zapałką o ścianę i rozkoszując się promieniami zachodzącego słońca pykała sobie fajeczkę.
Wieczorem, gdy szykowała się do spania, przyszedł jej do głowy zwariowany pomysł i włożyła słoik z chmurami do zamrażarki. Chichotała w łóżku jak mała dziewczynka, na myśl, że niezłe z tych chmur będą lody. W nocy śniło jej się, że jest małą dziewczynką i próbuje wtoczyć kandyzowaną wiśnię na szczyt wielkiego kręconego loda. Gdy już, już ma osiągnąć ostry czubek, ześlizguje się wraz z owocem i boleśnie uderza w zdobiony prenatalnymi płaskorzeźbami wafelek. I tak w nieskończoność. Obudziła się spocona i obolała.
Na szczęście ranek przywitał ją słoneczny. Dzień okazał się ciepły. Podobnie jak kilka następnych. I jeszcze następnych. Na od dawna ogołoconych drzewach pojawiły się listki, zwierzęta miast szykować się do zimowego snu, baraszkowały po ukwieconych krzakach. Okolica zaludniła się spacerującymi parami, co i rusz dostrzec można było wystające z traw kończyny. Słońce przygrzewało, zdumiona ziemia drżała stłumioną rządzą.
Kobieta podniosła się z ławeczki, weszła do środka. Stanęła przed zawieszonym nad spękaną umywalką ułomkiem lustra. Przyjrzała się poetycko swojej twarzy: złapana w sieć zmarszczek flądra, zżółkłe wodorosty w rozchylonych ustach, haczykowaty, a jakże, nos. I oczy. Wykąpane w morzu smutku, suszone na sznurkach złudzeń, wypłowiałe od rozczarowań słońc. Jedynie w kącikach ust parę kropel radości. Nie mogła na siebie patrzeć, przynajmniej nie w ten sposób. Spojrzała więc wprost, bez ogródek. Naskórek, mięso, kość. Łuszczenie, flaczenie, obwisanie. W dokładnie wyznaczonym kierunku, przerażająco wyraziście, w dół. 
        Jebać to. Wróciła na ławeczkę, rozsiadła się wygodnie, przyłożyła ogień do fajeczki. Po chwili wypuściła z ust parę krzywych dymnych aureolek. Znowu pojawił się ten facecik. Z biegiem dni, coraz ciaśniej okrążał pagórek, coraz mniej ukradkowe spojrzenia rzucał w jej kierunku. Dziarski piechur. Wiatrówka, plecaczek, przerzedzona kiteczka. Mógł mieć pod pięćdziesiątkę. Mógł mieć pod górkę w życiu, podrosłą już córkę, może dwie. I byłych żon pod dostatkiem, sądząc po ubogim odzieniu, po pleców zaokrągleniu. Ośmielił się, odrobinę. Stanął w odległości podniesionego głosu. Oczu jeszcze nie podnosił. Fajeczka kobiety wygasła, obróciła ją cybuchem do góry i postukała o ławeczkę.
 Kto tam? – rzucił mężczyzna, korzystając humorystycznie z okazji.
– Spierdalaj – odpowiedziała namiętna palaczka, ku obopólnemu zaskoczeniu.
Facecik, dla niepoznaki postał jeszcze chwilę, rozglądał się, niby to z ciekawością, wreszcie ruszył w dół, ku miasteczku, coraz szybciej, coraz mniejszy i niewyraźniejszy. Kobiecie nie chciało się wchodzić do domu po tytoń, oparła się o stygnącą ścianę i zapadła w noc. Dopiero w łóżku się umościwszy, gdy sen do niej już podchodził, stwierdza:
– Jednak mniej, niż więcej...
Śniło się jej, że jest bardzo stara i pomarszczona, tak stara i pomarszczona, że z każdej bruzdy w skórze wystają dziecięce rączki. Najgorzej jest z twarzą, bo rączki próbują zasłonić jej usta, rozdrapują oczy. A ona dusi się, nie może płakać. Dopiero kiedy się poddaje, rączki odpuszczają, a zewsząd słychać ciche oklaski. Obudziła się rześka i wypoczęta.
A tu święta się zbliżały, wyglądało na to, że wyjątkowo ciepłe. Kobiecina całe dnie spędzała na ławeczce, coraz mocniej ściskając w ręku fajeczkę. Co tu dużo mówić, czuła się trochę nieswojo. Przesilenie zimowe wyglądało jak letnie, temperatury biły rekordy, przyroda szalała. Na nowy rok wypuściła więc ze słoika zmarznięte chmury. 
          Nawet ich nie spróbowała.






Z WIZYTĄ W CENTRUM ONKOLOGII

Drzwi windy zamknęły się za mną bezszelestnie. No, tak, przecież to nowiuteńki, do tego bardzo nowoczesny budynek, ledwie parę miesięcy ...