środa, 10 stycznia 2018

adm i ava

ava przyniosla dzisiaj cos dziwnego i mowi ze to dziecko
ava: twoje dziecko
ja: klamiesz
ava: glupi
i kladzie mi to na klawiature
moj boze myslalen ze ja zabije 
akurat robilem cos waznego
dziecko zrobilo sie czerwone i krzyczy
wrzucilem to do kosza
krzyczalo bardziej
zakrylem je boxami po zarciu
ucichlo
ava placze
mowi ze nie da mi drugiego dziecka
sie smialem
g;upia
weszla na skypa
i gada z glupolami
ja nie mam czasu na glupoty bo serwery klekly
wszyscy ciagna i ciagbna
a potem adm zrob cos adm napraw to
a co ja wszechmocny jestem czy co
wciskalem co sie dalo i chyba sie udalo
serwery znowu wolne
wraca ava 
ja: co tam
ava: nic
ja: ok
ava: ok
ja: to ok
a ona mnie wali czyms w glowe
czarno mi sie robi przed oczami
jeszcze chce sie wylogowac
ale nie zdazyl
teraz siedzi przywiazany do krzesla
i zobaczy
zobaczy jak to jest jak wylaczasz komus cos waznego
chwytam za wtyczke
ja: wylacze
adm: nie blagam nie 
ja: ty mi wylaczyles dziecko
adm: bo krzyczlo
ja: to ty tez teraz krzycz
adm: aaaaaaaaa
ja: wylaczam
adm: aaaaaaaaa
ja: dobra zartowalam
i wtedy znowu mnie sciagnela 
do ostaniego pixcela
glupia


piątek, 22 grudnia 2017

Siebiezna osobista

Jest sobie kobiecina mężna, choć niezamężna. W sile wieku, choć dość już zmęczona. Ani ładna, ani brzydka, ani głęboka, ani płytka. Można by rzec: całkiem zwykła, choć ma swoje za uszami (oprócz włosów, które tak a nie inaczej zaczesuje). Tylko, kto nie ma? Łysi..? Dobra, dobra, bez żartów. Każdy przecież coś tam przeskrobał, ta kobieta akurat w siódmym tygodniu. Stare dzieje. A liczy się teraz. I tu: mieszka w małym domku na niewielkim wzgórzu, z dala od miasteczka. Trochę dlatego, że tak wyszło, a trochę, bo taką ma fantazję. Często mawia: ze wszystkich ludzi których znam, siebie znam najmniej więcej. Po dniu ciężkiej pracy lubi siadać na ławce przed domkiem i pykać fajkę. Pewnego listopadowego popołudnia tak właśnie sobie siedzi i wypuszcza obłoczki dymu, przyglądając im się życzliwie. Mniej przyjaźnie spogląda na zasłaniające niebo chmury.
– Hej, chmury! – woła. – Od wielu dni zasłaniacie niebo, słońca przez was nie widać, nie możecie sobie gdzieś pójść?
– Oszalałaś kobieto? My tu się rządzimy prawami natury, możesz nam skoczyć! – odkrzykują chmury i pokazują jej jęzory.
Całkiem przemoczona kobiecina chowa się w domku. Rozwiesza spodnie w pobliżu pieca, wyciera włosy ręcznikiem. Nabija fajkę świeżym tytoniem i mruczy pod nosem:
– Już ja wam pokażę...
Uchyla drzwi do spiżarki. Światło pada na weki, nabite i senne, a jednak gotowe przemaszerować przez nadchodzącą zimę. Długo się namyśla, nim sięgnie po słoik z kompotem śliwkowym. Kompot przelewa do garnka, śliwki przekłada do miski, jedną tylko wrzucając sobie do ust. Dobrze wyciumkaną pestkę wrzuca do pustego słoja. Naciąga wciąż wilgne spodnie i wychodzi przed domek.
– Hej, chmury! – krzyczy. – Idę o zakład, że nie dacie rady pocałować tej oto pestki!
A chmury na to:
– Co!? My nie damy rady? Pa na to!  
I jedna po drugiej wlatują do szklanej pułapki, by pocałować pestkę. A gdy już wszystkie są w środku, kobieta szybko zakręca słoik. Stawia go na ławeczce, siada obok, pociera zapałką o ścianę i rozkoszując się promieniami zachodzącego słońca pyka sobie fajeczkę.
Wieczorem, gdy szykuje się do spania, przychodzi jej do głowy zwariowany pomysł. Wkłada słoik z chmurami do zamrażarki. Chichocze w łóżku jak mała dziewczynka, na myśl, że niezłe z tych chmur będą lody. W nocy śni jej się, że jest małą dziewczynką i próbuje wtoczyć kandyzowaną wiśnię na szczyt wielkiego kręconego loda. Gdy już, już ma osiągnąć ostry czubek, ześlizguje się wraz z owocem i boleśnie uderza w zdobiony prenatalnymi płaskorzeźbami wafelek. I tak w nieskończoność. Budzi się spocona i obolała.
Na szczęście ranek wita ją słoneczny. Dzień okazuje się ciepły. Podobnie jak kilka następnych. I jeszcze następnych. Na od dawna ogołoconych drzewach pojawiają się listki, zwierzęta miast szykować się do zimowego snu, baraszkują po ukwieconych krzakach. Okolica zaludnia się spacerującymi parami, co i rusz dostrzec można wystające z traw kończyny. Słońce przygrzewa, zdumiona ziemia drży stłumioną rządzą.
Kobieta podnosi się z ławeczki, wchodzi do środka. Staje przed zawieszonym nad spękaną umywalką ułomkiem lustra. Przygląda się poetycko swojej twarzy: złapana w sieć zmarszczek flądra, zżółkłe wodorosty w rozchylonych ustach, haczykowaty, a jakże, nos. I oczy. Wykąpane w morzu smutku, suszone na sznurkach złudzeń, wypłowiałe od rozczarowań słońc. Jedynie w kącikach ust parę kropel radości. Nie mooże na siebie patrzeć, przynajmniej nie w ten sposób. Patrzy więc wprost, bez ogródek. Naskórek, mięso, kość. Łuszczenie, flaczenie, obwisanie. W dokładnie wyznaczonym kierunku, przerażająco wyraziście, w dół. 
        Jebać to. Wraca na ławeczkę. Wypuszcza z ust parę krzywych dymnych aureolek. Znowu pojawia się ten facecik. Z biegiem dni, coraz ciaśniej okrąża pagórek, coraz mniej ukradkowe spojrzenia rzuca w jej kierunku. Dziarski piechur. Wiatrówka, plecaczek, przerzedzona kiteczka. Może mieć pod pięćdziesiątkę. Może mieć pod górkę w życiu, podrosłą już córkę, może dwie. I byłych żon pod dostatkiem, sądząc po ubogim odzieniu, po pleców zaokrągleniu. Ośmiela się, odrobinę. Staje w odległości podniesionego głosu. Oczu jeszcze nie podnosi. Fajeczka kobiety wygasa, obraca ją cybuchem do góry i stukał o ławeczkę.
 Kto tam? – rzuca mężczyzna, korzystając humorystycznie z okazji.
– Spierdalaj – odpowiada namiętna palaczka, ku obopólnemu zaskoczeniu.
Facecik, dla niepoznaki stoi jeszcze chwilę, rozgląda się, niby to z ciekawością, wreszcie rusza w dół, ku miasteczku, coraz szybciej, coraz mniejszy i niewyraźniejszy. Kobiecie nie chce się wchodzić do domu po tytoń, opiera się o stygnącą ścianę i zapada w noc. Dopiero w łóżku się umościwszy, gdy sen do niej już podchodzi, stwierdza:
– Jednak mniej, niż więcej...
Śni się jej, że jest bardzo stara i pomarszczona, tak stara i pomarszczona, że z każdej bruzdy w skórze wystają dziecięce rączki. Najgorzej jest z twarzą, bo rączki próbują zasłonić jej usta, rozdrapują oczy. A ona dusi się, nie może płakać. Dopiero kiedy się poddaje, rączki odpuszczają, a zewsząd słychać ciche oklaski. Kobieta budzi się rześka i wypoczęta.
A tu święta się zbliżają, wygląda na to, że wyjątkowo ciepłe. Kobiecina całe dnie spędza na ławeczce, coraz mocniej ściskając w ręku fajeczkę. Co tu dużo mówić, jest trochę wystraszona. Przesilenie zimowe wygląda jak letnie, temperatury biją rekordy, przyroda szaleje. Na nowy rok wypuszcza kobieta ze słoika zmarznięte chmury. Nawet ich nie spróbuje.
Chmury z wyciem wbijają się w niebo i sypią śniegiem. Pąki ścina, zwierzęta zdychają, na wiosnę klęska głodu się szykuje. Ale to już zupełnie inna historia. 
A teraz do łóżek, dzieciaki, bo przyjdzie pan Schopenhauer i was zje!






wtorek, 19 grudnia 2017

W INNY ŚWIAT


Za siedmioma rzekami, za siedmioma górami był sobie Święty Las, w którym mieszkała Czarownica...
– Świetny, nie święty!
– Słucham?
– Mówię, że las był świetny, nie święty – wyjaśniła uprzejmie Czarownica.
– Ach... rozumiem...
– To jakiś problem?
– No, cóż, w jakimś sensie... To wiele zmienia.
– Ojojoj! – posmutniała Czarownica.
– Ale jakoś sobie poradzimy! Zaczniemy jeszcze raz. Tylko nic już nie mów.
– Dobra, nie będę nic mówić.
– To znaczy będziesz, ale nie sama, tylko... zresztą nieważne:
za siedmioma rzekami, za siedmioma górami był sobie Świetny Las, w którym mieszkała Czarownica. Wszystko miała świetne. Dom, figurę, włosy. Oczy miała świetne, usta, uszy, nawet nos. Tylko na nosie pypcia obrzydliwego. Czarnego, z wiechciem włosów na czubku.
– Och, nie! – wykrzyknęła Czarownica. – Co ja mam teraz zrobić? Chyba pójdę do dermatologa.
– Nie, nie pójdziesz!
– Nie?
– Nie. Miałaś się nie odzywać.
– Ale ja tylko powiedziałam, że chyba pójdę do dermatologa.
– Cisza. Ja mówię:
Czarownica najpierw zasięgnęła rady w internecie. Internet, to takie miejsce, w którym jest dużo wiedzy i niewiedzy, przy czym tego ostatniego więcej. Znacznie więcej. Wpisała w wyszukiwarkę "pypeć na nosie" i  wyskoczyło jej mnóstwo porad. Wszystkie mówiły jednak jedno: pypcia smarować masłem orzechowym przez siedem dni, trzy razy dziennie.
I smarowała Czarownica pypcia masłem orzechowym. A ten zamiast odpaść, rósł coraz większy i większy. Czarownica przestała wychodzić z domu, zakupy robiła online, dni jej się strasznie dłużyły, na sen tylko czekała. A trzeba wam wiedzieć, że kiedy spała, pypeć znikał. Tylko, że Czarownica nie mogła o tym wiedzieć, bo przecież spała.
Po tygodniu postanowiła zasięgnąć rady koleżanek.
– Ale ja nie mam koleżanek!
– Masz!
Obdzwoniła wszystkie psiapsiółki i każda mówiła to samo: pypcia smarować pasztetem z dzika. Nie było rady, smarowała Czarownica pypcia pasztetem, a ten zamiast odpaść, rósł coraz większy i większy. Tylko na noc znikał, ale, wiadomo, Czarownica nic z tego nie miała.
Po paru dniach, sięgnęła wreszcie po księgę tajemną. A tam stało czarne na pożółkłym: pypcia smarować kawiorem.
– O, nie! To już przesada – krzyknęła Czarownica. – Nie stać mnie na kawior. Poza tym, co ja tak ciągle krzyczę?
– Bo to wszystko jest takie podniecające! Ale niech ci będzie:
nie stać było Czarownicy na kawior. Cóż jej pozostało? Pstryknęła palcami lewej ręki, na czubku wskazującego pojawił się błękitny płomień. Już, już miała przysmażyć wstrętną brodawkę, kiedy pypeć wyprostował się i zeskoczył na stół.
– O mój Boże! – krzyknęła Czarownica... no, co? Przecież krzyknęła! – Kim ty jesteś?
– Witaj nosicielko – pypeć ukłonił się nisko – Jestem karzeł David.
– Jak... jak to możliwe? – dziwiła się Czarownica.
– A, nawet nie pytaj!
– Ale...
– Och, po prostu taki mam styl – zaśmiał się karzeł rubasznie i poklepał po okrągłym brzuszku.
– A gdzie znikałeś na całe noce?
– A skąd wiesz, że znikał? Przecież spałaś!
– Przeczytałam, tam wyżej.
– Ty wścibska ba...
– Spokojnie, spokojnie – rzucił pojednawczo David. – Wszystko wyjaśnię. W nocy pracowałem nad pewnym projektem.
– Jakim projektem?
– Projektem: przeżycie, ha, ha, ha!
– Nie rozumiem...
– To wszystko ja, Czarownico!
– Co, ty?
– Jak zamieszkałem na twoim nosie, musiałem załatwić sobie regularne posiłki. Więc w nocy pozycjonowałem fejkowe strony, tak, by po wpisaniu w wyszukiwarkę frazy "pypeć na nosie" wyskakiwały porady o maśle orzechowym, za którym wprost przepadam. Potem naszła mnie chętka na pasztet z dzika.
– Przecież to były moje przyjaciółki.
– Ty nie masz przyjaciółek.
– To też byłem ja – roześmiał się David.  – Zhakowałem twój telefon i udawałem je wszystkie. Nie zorientowałaś się?
– Coś przeczuwałam.
– Bzdury.
– Nieważne. A potem księga. Tu się napracowałem, ciężko było podrobić te zawijasy, nie mówiąc o pożółkłej kartce, ale i tak na nic się to zdało...
– Więc to wszystko iluzja?
– O, tak! – krzyknął karzeł. – Pokażę ci! Spójrz przez okno na to drzewo. Widzisz?
– Co?
– Składa się z samych ptaków.
Czarownica przyjrzała się uważnie drzewu. Faktycznie dostrzegła tam jakieś dzioby i skrzydła.
– A teraz uważaj!
Karzeł klasnął i ptaki zerwały się do lotu. Po chwili po drzewie nie było śladu.
– A teraz ściany!
– Co z nimi?
– To tylko sprasowane powietrza.
David dmuchnął i ściany, podobnie jak cała reszta rozwiały się.
– Co jeszcze? – zapytała drżącym głosem Czarownica.
– Twoje ciało.
– Co z nim?
– Składa się z samych żywych komórek. Spójrz tylko.
Czarownica przyjrzała się swemu ciału. Rzeczywiście składało się z żywych komórek. Karzeł gwizdnął i komórki rozpierzchły się na wszystkie strony, by po kolejnym gwizdnięciu zbiec się w konia, białego oczywiście, na którego David wdrapał się nie bez trudu. Następnie spiął rumianka ostrygami i połknął w inny świat.





piątek, 15 grudnia 2017

Mistrz Z.

Mistrz Z., jak co rano zasiadł przed swoją norą. Strzepnął z szaty niewidzialny pyłek, wyregulował oddech, szerzej rozchylił powieki. Przyjrzał się uważnie światu. Stwierdziwszy, że nic się nie zmieniło, nabrał garść piachu i rozpoczął długi proces czyszczenia czarki do herbaty. Zabiegi te zakłócił znienacka młody człowiek, który kłaniając się nadnisko stwierdził:
– Zostanę twoim uczniem, Mistrzu!
– Ach, tak..? – odparł po dłuższej chwili Mistrz Z.
– Tak, tak! Od czego mam zacząć?
– No, cóż... – Mistrz nie zwykł dawać prostych odpowiedzi.
Usiadł więc Uczeń w pobliżu i obserwował czyszczącego czarkę mędrca. Po kwadransie, czy dwóch, wyraźnie znudzony, rozejrzał się młodzieniec po okolicy. A wokół ludzie kochali się, nienawidzili, zabijali, kradli, rodzili, umierali, gardzili sobą, ubóstwiali się, dusili i ściskali. Uczeń zerwał się na równe nogi.
– Wiem! – wykrzyknął. Naprawię świat!
– Hm..? – zapytał po dłuższej chwili Mistrz Z.
– Będę czynił dobro! W ten sposób naprawię całe zło!
I rzucił się Uczeń czynić dobro. Mistrz jeszcze ładnych parę godzin polerował czarkę, potem wstał i zanurzył się w ukwieconej łące. Brodził niespiesznie w bujnej roślinności, wreszcie zastygł przy sięgającym pasa żywokoście. Z olbrzymią czułością przyglądał się światłu wędrującemu po skrętoległych, lancetowatych w kształcie a nadto całobrzegich liściach. Kontemplował wyraźną nerwację liści, pieścił wzrokiem szorstkie ich owłosienie. Długo odwlekał chwilę, aż w końcu uniósł wzrok na fioletowopurpurowe kwiaty zebrane w zwisły kwiatostan. Niemy zachwyt spijał z trwałych, zrosłodziałkowych kielichów, cichą eksplozją rozkoszy obrodziło obcowanie z dzwonkowatymi koronami o brzegach odwiniętych na zewnątrz. Gardziele koron już dawno rozchyliły się, przez co bezwstydnie mógł podziwiać przyrośnięte nitkami pręciki.
Z naręczem liści żywokostu wrócił Mistrz Z. do siebie i przygotował okład łagodzący pulsowanie zbitej dupy Ucznia, który po świata naprawianiu pojękiwał cicho w kąciku. Po paru godzinach ból dupy faktycznie ustąpił i Uczeń powstał z kolan.
– Wiem! – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Naprawię świat.
– O... – zdziwił się po dłuższej chwili Mistrz Z.
– Rozdepczę całe zło jak robaka. Wówczas samo dobro zostanie!
I rzucił się uczeń zło rozdeptywać. Mistrz czarkę z resztek liści żywokostu wyczyścił, wstał, zerwał z pobliskiego dębu trochę kory. Maść na złagodzenie obrzęku dziąseł po wybitych zębach  gotowa była, gdy Uczeń wrócił późnym popołudniem. Urażony młodzieniec słowem się nie odezwał, zwalił się w kącie, lekarstwem wzgardził, krwawe skrzepy w kurz od czasu do czasu wypluwał z pasją. 
Tymczasem pora na herbatę zrobiła się idealna. Cienie już się prostowały, podobnie, jak zalane wrzątkiem liście. Napar naciągał, gdy nagle, bez wyraźnej przyczyny czarka pękła. Herbata przez szczelinę wyciekła wsiąkając leniwie w piasek. Mistrz uważnie schnącą plamę obserwował, gdy ta kształt zmieniała, ze smoka w locie, przez koźlę na skale, po rower bez jednego koła i niedbale rzuconą skarpetę.
Długo po tarczy słonecznej w stół horyzontu werżnięciu siedział Mistrz dumając nad świata złożonością. To znaczy prostotą. Gdy Ucznia oddech wyrównał się, mędrzec strzepnął z szaty niewidzialny pyłek, po wielki nóż sięgnął, przysiadł przy śpiącym młodzieńcu. Dłoń mu na ustach położył i głowę szybkim ruchem odrąbał, by nową czarkę do herbaty z niej zrobić.
A niewidzialny pyłek płynął przez niewidzialne powietrze niewidzialnym podmuchem niesiony.




poniedziałek, 18 września 2017

Kosteczki



Bo wiesz, u nas nie ma sztućców, normalnie każdy to wie, po prostu się je rękami. Nie ma w tym żadnej filozofii, siadasz i żresz. Raz nawet przyszła jakaś babinka i się pyta o widelec. To się normalnie wszyscy na nią patrzą i śmieją. To znaczy, wiadomo, nikt się nie patrzy, nikt się nie śmieje, pełna profeska. Ale ja tam widzę po ekipie, że jest rechot na pół kuchni, taki wewnętrzny, co tylko inni pracownicy widzą. No i wtedy tej babci w czapce, wiesz, że one zawsze czapki noszą? Tak sobie nawet myślę, że może zimno im w bańki, bo już śmierć im w karczycho dmucha? No, a ja pełna profeska, mówię do niej z uśmiechem jak stąd do szczynopoju, u nas nie ma sztućców, proszę pani, je się rękami, proszę pani, miłego dnia, zapraszamy ponownie stara jędzo, zdechnij już lepiej dla dobra ogółu. Generalnie dużo bywa przypału, ale ten największy normalnie przebił wszystko na amen.

Bo różni tu przychodzą, cały przekrój, można powiedzieć. Tak sobie nawet myślę, po kiego ja przez te prawie dwa lata socjologię studiowałem, jak ja mam tu socjologię dzień w dzień, do porzygania i wysrania: bida z nyndzą, rolexy, mercedexy, wiejskie bydło, miejskie bydło, cygany, paniusie, dzidziusie, tatusie, krowy, metale, praojce jakieś, stare, chude, grube, babochłopy, robole, bezrobole, doskorole, szmaty, kurwy, policjanci, karole: zwykłe, skórzane, dresowe i wreszcie dresy: czyste, brudne, za duże, za małe, kibolskie, matolskie, małolackie, całe normalnie morze dresów, czy nawet góry. Nie żebym coś miał do dresów, sam lubię ciuch wygodny, ty nie? I powiem ci, że wiele widziałem i na sali i w kiblu i przed lokalem, płacz, śmiech, sperma, krew, czyli życie w całej okazałości, jak to mówią, ale ta zajawka, którą ci tu zapodam, to już normalnie wykroczyło poza mój rejestr spraw zwykłych i niezwykłych.

Pora była najokrutniejsza, czyli ostatnia godzina do zamknięcia. Nogi ci już z dupy wychodzą a każda minuta waży ze sto kilo. I w tej właśnie czarnej godzinie potrafi pojawić się nagle cała zgraja spidziarzy z osiedla. Albo niedopite cwaniaczki z miasta. Albo inne zjeby. Normalnie szczerze im wszystkim życzysz śmierci w męczarniach, ale na ryju musisz mieć przyklejony ponton, bo tak tu mówimy na ten sztuczny uśmiech, bo sztuczny i gumowy, dobre co? Więc dajesz im największą spalonkę, ranne spady i fryty w stanie zombi, a ci rzucają się na to jak z dziesiątego piętra. I wtedy, gdy patrzysz na te opychające się trefnym towarem mordy, ociekające starym olejem i błogimi wyrazami, to nadal się uśmiechasz, ale już nie musisz się wysilać, bo to jest normalnie najszczerszy uśmiech, jaki tego dnia wyszedł ci na facjatę.

I za dwadzieścia właśnie, wchodzi gość wielkości normalnie szafy. Z móżdżkiem wielkości mola. I już wiem, że zaraz się zacznie wielkie żarcie, bo tacy potrafią młócić kubłami te nasze śmieci. Mówią, że to im masę robi. No więc masywny podchodzi do lady, a oczy ma tak zajebane jakimś brudnym dopkiem, że mogę sobie spokojnie odpuścić ponton, bo mnie nawet nie widzi, bo jestem tylko gadającą głową, która ma mu wyrzygać na tacę tłustą pacię. Wysłowić się też nie wysłowi, bo jak, jak mu się język zaplątał o zęby? Mówię mu więc co i jak, bo znam normalnie te knury na wylot. Kiwa zadowolonym ryjem, który zaczyna przeciekać, bo ślinianki mu już pracują pełną parą. Pizga we mnie zmiętym hajsem i człapie do stolika skrytego za sztucznym kwieciem. Za taki napiwek, to mu stawiam tacę w try miga przed nosem i pięknie mówię proszę, dziękuję, się kłaniam, smacznego szanownemu panu, pełna profeska. Cieszyłem się normalnie jak głupi, bo to była druga dniówka, jeśli nie trzecia, jeszcze nie spodziewałem się najgorszego, co to miało dopiero nadejść.

Wróciłem do swoich spraw, a tych na zamknięcie jest zawsze najwięcej. Taka karma, jak to mówią. Zacząłem od ustawiania krzeseł na stoliki, czego robić nie wolno, bo przecież jeszcze całe pierdolone dwanaście minut do godziny zero. Menago krzywo na to patrzy, ale chuj mu w dupę, nieżywe krzesła zawsze mogą odstraszyć potencjalnych wpierdalaczy, a przede wszystkim przyspieszyć obecnych, co zadziałało świetnie na mazgaja w okularkach, chapnął w locie co tam miał i już go nie było. Pindy w leginsach się bardziej ociągały, to im zacząłem szmatą stolik czyścić, coś tam furkały na krzywozgryzie, ale możecie mi naskoczyć gównojadki, jednym słowem wypierdalać mi stąd, ale już. Nie dotyczyło to niestety szafiastego gościa. Z jego zakątka dochodziło mlaskanie, chrumkanie wręcz na całego.

Zatańczyłem mopkiem lepkiem po lokalu, kiblach, kuchnia się już zmyła, cześć, cześć, menago wskoczył zabezpieczyć szmalec, światełka już wygaszałem. A gość siedział. No i co teraz? Ustaliłem z menago, że biorę go na się, tak mnie to ekstra siano czule nastroiło. Pięć minutek mówię mu dam, a potem najwyżej dryndnę po osiłkowo, bo osiłkowo w końcu od tego jest. Tak sobie teraz myślę, że ta dodatkowa kasa to mi normalnie na mózg padła, bo to menago powinien się tym zająć z przepisowego punktu widzenia. Ale się spieszył, się mu w jajach gotowało, po oczach widziałem i mu odpuściłem.

Zakradłem się do zakątka, skąd nadal odgłosy żerowania dochodziły. Kluczami dla animuszu sobie podzwaniałem. Zajrzałem za sztuczne palmy i kopara mi opadła na kolana. Bo zgięło mnie, że usiadłem, dobrze, że krzesło było. Gość ryja miał całego we krwi, posoka ze stolika kapała, a ten chujec siedział i wpierdalał sobie łapy! Uwierzysz w to kurwa!? Zażerał się, wgryzał w te swoje graby, jak jakaś wściekła świnia! Tak się skurwiel zapędził, że się nie zatrzymał, jak mu się ścierwo skończyło na tacy i wpierdalał sobie normalnie paluchy. Po kurwa kosteczki. I stąd to dziwne mlaskanie było. I to jebane chrumkanie. A z kikutów błyszczały białe fragmenty, a nad nimi te oczy bezrozumne. Rzygłem, co mam ci powiedzieć, rzygłem, bo wyglądało to paskudnie. A ten na mnie popatrzył czujnie, bo odgłosy rzygania go zaciekawiły. Kiwnął głową, na znak, że rozumie, czy coś i dalej do obgryzania tych swoich piąch. No i co ja miałem mu na to powiedzieć? Zamykamy szefie, idź sobie jeść łapy do domu?

Musiałem się tym zająć, tylko nie wiedziałem jak. Po osiłkowo nie mogłem zadzwonić, bo by się afera zrobiła na pół miasta. Menago i tak by nie odebrał, bo wkładał właśnie chuja w jakąś chudą dupę. Sam więc sobie musiałem radzić. I zrobiłem, jak umiałem najlepiej. Wyjąłem z zamrażarki podłużne buły, na pół je przeciąłem, dziurki w nich zrobiłem i nasadziłem mu na kikuty. Wyglądało to źle, ale nie miałem lepszego pomysłu. Zadzwoniłem po taksę. W międzyczasie gościowi krew z pyska starłem, chujek mnie po rękach całować próbował, skórę mu pod szyję zapiąłem, pełna profeska normalnie. Wcisnąłem go do auta razem z tym jego śmierdzącym napiwkiem i powiedziałem do taryfiarza, któremu na widok kasy zaświeciły się gały (a taksometr zgasł): zabierz go pan na plac Grunwaldzki, do "Aurory", tam na niego czekają. No i pojechali w siną dal, jak to mówią. Gościa już więcej nie widziałem, ale sam powiedz, że było to epickie rozwiązanie, nie? Chociaż muszę przyznać, że od tamtej pory, to normalnie bardziej patrzę klientom na ręce.